Strona główna  | FAQ  |  Szukaj  |  Użytkownicy  |  Grupy   |  Rejestracja  |  Profil  |  Zaloguj się, by sprawdzić wiadomości  |  Zaloguj

 Opowiadania :) Zobacz następny temat
Zobacz poprzedni temat
Napisz nowy tematOdpowiedz do tematu
Autor Wiadomość
BadSol
Headcrab wyjadacz



Dołączył: 18 Paź 2007




PostWysłany: Sro Sie 18, 2010 13:40 Odpowiedz z cytatemPowrót do góry

Aż, przyjemnie się czyta, bardzo ciekawie ci to wyszło, co prawda w tym rozdziale, trafiło się trochę mniej akcji, ale i tak był dobry. Z niecierpliwością czekam na drugą część "Fire Rain'a".
Zasługujesz na dużo więcej komentarzy Uśmiechnięty
Ogląda profil użytkownikaWyślij prywatną wiadomośćNumer Gadu Gadu
BreenWallace
Młody Headcrab



Dołączył: 27 Mar 2008
Skąd: Kielce



PostWysłany: Czw Sie 19, 2010 11:01 Odpowiedz z cytatemPowrót do góry

Ekhem... Eeee, nikt już nie czyta :<?

_________________
"Kto cię z wody wyciągnie za dupę, temu będziesz pilnować chałupę..."
Ogląda profil użytkownikaWyślij prywatną wiadomość
meJKu
Zombine elite
Ostrzeżenia: 1


Dołączył: 02 Maj 2007




PostWysłany: Czw Sie 19, 2010 11:36 Odpowiedz z cytatemPowrót do góry

BreenWallace napisał:
Ekhem... Eeee, nikt już nie czyta :<?

Za mało dziewiczej krwi na trawie!
Ogląda profil użytkownikaWyślij prywatną wiadomość
BreenWallace
Młody Headcrab



Dołączył: 27 Mar 2008
Skąd: Kielce



PostWysłany: Czw Sie 19, 2010 11:40 Odpowiedz z cytatemPowrót do góry

meJKu napisał:
BreenWallace napisał:
Ekhem... Eeee, nikt już nie czyta :<?

Za mało dziewiczej krwi na trawie!

W przypadku Justine to zdarzenie miało miejsce pierwszy i ostatni raz Język

Już dziś kolejny rozdział DF. Wysiłek doceń, weź oceń! :>

_________________
"Kto cię z wody wyciągnie za dupę, temu będziesz pilnować chałupę..."
Ogląda profil użytkownikaWyślij prywatną wiadomość
BreenWallace
Młody Headcrab



Dołączył: 27 Mar 2008
Skąd: Kielce



PostWysłany: Pią Sie 20, 2010 17:23 Odpowiedz z cytatemPowrót do góry

Drugi Front: „Jesteśmy głodni, Adrianie. Wybacz…”

*

-Mam złe przeczucia kochanie… Cholernie złe przeczucia.- Adrian siedział na łóżku i głośno myśląc pocierał skronie. Justine nerwowo przechadzała się po pomieszczeniu bezwładnie rozkładając ręce. Kilka razy chciała coś powiedzieć, ale kończyło się to na mimowolnym otwarciu ust, a potem ciężkim oddechu. Shephard czuł się nieswojo. Był ogromnie podenerwowany i sfrustrowany. Osobiście nie wierzył w powodzenie misji. Dojście na najwyższy punkt będący miejscem, z którego można by przechwycić impulsy elektryczne zasilające zmechanizowaną część Strefy, a przede wszystkim Legionistów Thanatosa, było dla niego samobójstwem. Holandia była krajem nizinnym. Niewielkie wzgórza i pagórki znajdowały się poza wszelkimi miastami. Pozostawały tylko i wyłącznie wieżowce, a do nich dostęp Shephard i spółka musieliby już sobie wyrąbać:
- Niemożliwym jest dotarcie do Hagi niezauważonym. Z relacji Bishopa miasto jest silnie ufortyfikowaną twierdzą. Nie damy radę przedrzeć się garstką przez oddziały świetnie wyszkolonych, fanatycznych siepaczy Thanatosa. To naprawdę infantylny pomysł…- rzucił Adrian i natychmiast spuścił głowę. Justine podeszła do niego i objąwszy za szyję rzekła, próbując podbudować komandosa:
- Adrianie, Bishop przedstawił wam wstępny plan działania. Na pewno wziął te wszystkie argumenty pod uwagę. Nie jest głupi. Wie, że Haga to bastion reżimu zachodniej Europy. Jaskinia lwa na pewno będzie pilnie strzeżona, pomimo tego, iż niemalże cała armia Kombinatu walczy z naszymi na froncie.- Shephard podniósł wzrok. Przez chwilę patrzył w piękne, zielone oczy młodej Holenderki, po czym uśmiechnął się i odparł:
- Dziękuję, że przy mnie jesteś kochanie. Spędziłem w tym świecie niewiele ponad miesiąc, a czuję, jakbym mieszkał tu całe swoje życie. Kocham cię.- Pocałował ją delikatnie w usta. Justine uśmiechnęła się i odwzajemniła pocałunek. W tym momencie do pomieszczenia wpadł zziajany Cornerlius wraz z Marco Rodriguezem. Justine wraz z Adrianem lekko się zmieszali, ale ich goście wcale tego nie zauważyli. Cor pospiesznie, stojąc w drzwiach, rzucił:
- Mamy cenne informacje od Bishopa, Adrianie.- Siostra Vaarta wstała i rzuciwszy- to ja pójdę zobaczyć co u Christiaana i Juliette- opuściła prowizoryczną sypialnię. Mężczyźni odprowadzili ją wzrokiem, po czym niemal dopadli do Shepharda. Ni stąd ni zowąd rozmowę zaczął Hiszpan:
- Jeden z totumfackich Bishopa doniósł o przygotowaniach rebeliantów do sabotażu w Strefie. Podobno pod Delft, w głównej bazie opozycji niejaki przywódca rebelii w Holandii, Ian Parker, zorganizował akcję i powołał drużynę pod kryptonimem „Fire Rain”.- Adrian zmarszczył czoło. Otworzył usta żeby coś powiedzieć, ale w słowo wpadł mu tym razem Cornelius:
- Dziesięcioosobowa drużyna pod osłoną nocy ma wkraść się na teren bazy Thanatosa i dokonać sabotażu w związku z wyłączeniem Legionistów i całego systemu obronnego Strefy. Jeśli akcja by się powiodła, obrona Kombinatu zostałaby złamana, a oddziały ich wodza znalazłyby się w pułapce. Podobno drugim ważnym zadaniem ma być unicestwienie samego Thanatosa…
- W to akurat bym wątpił.- rzucił pewnie Adrian. Rodriguez i Vaart popatrzyli po sobie, po czym ten drugi zapytał:
- A to niby czemu?- Shephard wstał i złapawszy głęboki oddech odparł:
- Byłem więźniem w Strefie i miałem okazję spotkać się w cztery oczy z Thanatosem. To nie jest zwyczajny człowiek. To coś więcej, ta istota potrafi władać materią i czytać w ludzkich myślach.- Cornelius i Marco otworzyli usta ze zdziwienia. Adrian kontynuował:
- Gdy próbowałem się zbuntować i udawać twardziela Thanatos wyłożył przede mną wszystkie moje myśli, wątpliwości, jak na tacy. Oniemiałem. Później, żeby dać mi do zrozumienia, że może mnie zgnieść niczym pluskwę, ruchem ręki przygwoździł do ściany, a potem cisnął o podłogę, jak dmuchaną lalkę. Byłem w szoku, nie widziałem co się dzieje. Nie wierzyłem w to, co się stało. Reasumując, panowie, gdy nawet uda się komukolwiek dotrzeć do Thanatosa, chociaż w jego pobliże, ten na pewno wyczuje, że coś jest nie tak i albo opuści przed obławą kompleks albo, co gorsza, wytępi wszystkich, niczym zwyczajne robactwo, a uwierzcie mi. Na pewno jest do tego zdolny. Przekonałem się o tym na własnej skórze. Broń konwencjonalna w jego przypadku niewiele zdziała.- Cornelius westchnął. Zapanowała chwila ciszy. Wszyscy trzej spuścili głowy i pogrążyli się w milczeniu. Vaart wydobył z kieszeni paczkę pall malli. Wydobył z niej ostatniego papierosa, po czym zgiął puste opakowanie w dłoni i położył je na stoliku. Z zewnątrz nosiły się odgłosy rozmów. Bishop przydzielił im kilka pomieszczeń, w których mogliby na pewien czas mieszkać. Tylko mała Carrie spała razem ze Svietlaną. Od czasu pobytu w podziemiach budziła się kilkakrotnie z krzykiem, co momentalnie stawiało na nogi pozostałą część towarzyszy. Adrian odkąd tu przybył, wielokrotnie zastanawiał się czy jest ów podziemna sieć korytarzy i pomieszczeń. Nie odważył się zapytać o to Bishopa. Nie bał się zignorowania tego pytania, ale samej odpowiedzi. Teraz, gdy mieli chwilę czasu na przeprowadzenie rozmowy, Shephard rzucił pytanie:
- Nie wiecie może czym jest… Albo nie, zapytam bardziej trafnie… Czym było kompleks, na terenie którego obecnie się znajdujemy?- Ku zdziwieniu Adriana Rodriguez zabrał głos w tej sprawie:
- To jest najprawdopodobniej schron. Gdy wy spaliście ja postanowiłem wybrać się z latarką na mały spacer. Na zewnątrz jest cholernie długi korytarz. Ciągnie się około trzech kilometrów na wschód. Po obu stronach, symetrycznie, znajdują się obok siebie setki mosiężnych drzwi. Nawet tam nie zaglądałem. Wszędzie panuje cholernie przygnębiająca cisza. Korytarz kończy się jakimś zardzewiałym włazem, próbowałem go otworzyć, ale nawet nie drgnął. Na zachodzie natomiast znajdują się drzwi, którymi przyszliśmy. Zaraz za nimi znajduje się, jak wiecie, „gabinet”- ten wyraz wypowiedział z wręcz kipiącym sarkazmem- Bishopa. Zdziwiła mnie natomiast jedna rzecz. Nigdzie nie widziałem żadnego z jego ludzi. Nie wiem, może żyją w innej części tego kompleksu. Nie mam pojęcia, raczej nie chcę wiedzieć.- Adrian podrapał się po brodzie i rzekł:
- Wydaje mi się, że Craft nas obserwuje. Nie do końca nam ufa.- Po chwili rozmowę podjął Cor:
- Dr Rosenberg wiele razy opowiadał o Rotterdamie. Mówił, że jego stary znajomy, Bishop, jest niezwykle nieufny. W obliczu wszelkich opowieści, jakie słyszałem na jego temat i tak się dziwię, że w ogóle chce nam pomóc. Gdyby nie ten tajemniczy dług…
- Jaki dług?- zapytali jednocześnie Marco i Adrian. Vaart zgasił papierosa w zniszczonej uprzednio paczce i rozłożywszy ręce w geście niewiedzy rzekł:
- Nie mam zielonego pojęcia. Wielokrotnie pytałem doktora, z czym związany jest ten dług, ale zbywał mnie kąśliwym spojrzeniem i momentalnym milczeniem, także nie wnikałem. Naprawdę nie wiem o co chodzi… Może nawet nie chcę wiedzieć.- Rodriguez zaczął rozglądać się po pomieszczeniu. Zauważył to Shephard:
- Coś się stało Marco?- Ten dał znak palcem, żeby byli cicho. Cor i Adrian przyglądali się czynności Rodrigueza z wielkim zaciekawieniem. Hiszpan wstał i powoli zaczął zbliżać się ku wschodniej ścianie, która znajdowała się naprzeciwko łóżka Adriana:
- Co jest…
- Cicho! Coś słyszę…- zganił Corneliusa i przyłożył ucho do betonowej ściany. Znajdowała się tam dosyć spora wnęka, idealne miejsce na jakąś cegłę. Marco włożył palec wskazujący prawej dłoni do ust, po czym delikatnie skierował go do wnęki. Chwilę pomajstrował przy ścianie i odwróciwszy się do towarzyszy odparł:
- Tak, jak myślałem. Tu jest szyb wentylacyjny. Na zewnątrz musi panować jakaś burza. Powiew powietrza dociera aż tutaj. Podejrzewam, że znajdujemy się w starym schronie panowie.- Obydwaj mężczyźni momentalnie wstali i skierowali się do Rodrigueza. Najpierw sprawdził Adrian, z kolei później Cornelius. Młody kapral pokręcił głową ze zdziwienia i patrząc na wnękę rzekł:
- Cholera, jaki schron. Przed czym…
- Ej, chłopaki! Na tym pustaku jest coś napisane.- Obaj niemalże podbiegli do Vaarta, który kilka metrów klęczał kilka metrów od nich i pracując obiema rękami starał się oczyścić materiał ze starego kurzu. Gdy zobaczyli, niemalże osłupieli. Na cegle znajdował się niewielki emblemat. Była to lambda. Nad nią widniał napis:



BLACK MESA RESEARCH FACILITY, US PRODUCTION, NEW MEXICO 1995


Przez chwilę stali i w milczeniu obserwowali starą cegłę. Z osłupienia wyrwał wszystkich Adrian:
- O kur*a. Ja pier*olę.- Cornelius przełknął ślinę:
- Przecież to… To… zostało wyprodukowane trzy lata przed katastrofą! Www…W Black Mesa!- Ktoś nagle wszedł do pomieszczenia. Wszyscy trzej odwrócili się. Cornelius momentalnie wstał i szybko zasłonił odkrytą cegłę. W drzwiach stał Bishop Craft. Tuż za nim znajdowało się kilka ciemnych, wysokich sylwetek.- Coś jest nie tak- pomyślał z przestrachem Adrian. Jego mp5 leżała na stoliku, w odległości około pięciu metrów od ściany. Bishop wszedł do pomieszczenia. Postacie za nim nie poruszyły się. Vaart przywarł do ściany, niczym ofiara nie mająca gdzie uciec. Marco stał spokojnie i bacznym wzrokiem obserwował przybyłych. Craft w końcu odezwał się:
- Proszę, proszę. Jesteście niesamowicie wścibscy. Szczególnie pan Rodriguez.
- Co się dzieje, Bishop? Nie poznaję cię…
- Milcz Shephard! Ty mnie w ogóle nie znasz, nie masz prawa tak mówić. Przez wzgląd na starą znajomość z dr-em Rosenbergiem tolerowałem waszą tu obecność. Ba… Nawet starałem się wam pomóc, ale… Hmmm… Jakby to powiedzieć. Phillip nie żyje, wielka strata dla rebelii i nie ukrywam, dla mnie też. Wiele lat żyłem z nim w przyjaźni. W trudnych chwilach wspieraliśmy się, o tak. Phillip był naprawdę dobrym człowiekiem…- Marco powoli przesunął dłoń za plecy. Adrian ukradkiem spojrzał na kompana. Za jego paskiem znajdował się Glock 17, kaliber 9mm. Marco spojrzał się na Adriana. Ten od razu poznał o co chodzi. Hiszpan czekał na moment, dał do zrozumienia kapralowi, żeby ten także czekał. Adrian prowokacyjnie spojrzał się na karabin leżący na stoliku. Bishop to zauważył. Rzekł:
- Adrianie, nie radziłbym sięgać po tą zabawkę. Jeden nierozważny ruch, a moje dzieci rozszarpią was na strzępy.- Bishop odsunął się nieznacznie, a do pomieszczenia weszły trzy postacie. Cornelius odwrócił głowę. Adrian przełknął ślinę, ale wzroku nie odwrócił. Tylko Marco Rodriguez stał niewzruszony i pogardliwym wzrokiem patrzył na trzy istoty, które pojawiły się w pomieszczeniu. Widok był naprawdę odrażający. Wszystkie postaci były zupełnie nagie. Narządy płciowe, a raczej to co je przypominało, dawały do zrozumienia obserwatorom, że kiedyś te istoty były ludźmi. Kiedyś. Teraz przypominały przerośnięte płody arlekina z czerwonymi, wybałuszonymi oczami, olbrzymimi ustami ociekającymi śluzem i przeraźliwie długimi kończynami sięgającymi niemal kolan. Jedna istota rąk w ogóle nie miała. Surrealistyczna sylwetka przyprawiała o dreszcze. Ręce pozostałych osobników zakończone były długimi, ostrymi szponami gotowymi w każdej chwili zaatakować i rozszarpać ofiary. Bishop zaśmiał się. Rzekł:
- Zbyt długo ja i moje dzieci żyliśmy w tym ciemnym, wilgotnym miejscu sami, przygnieceni głodem świeżego mięsa. Musieliśmy żywić się szczurami, pić wodę z kanałów… A tu proszę. Świeże mięsko samo wpada w nasze gniazdo. Pewnie zastanawiasz się Adrianie, czemu nie mogliśmy wyjść na powierzchnię? Hehe, otóż odpowiedź jest prosta. Światło wypala naszą wrażliwą skórę, tylko żyjąc w tym wilgotnym, zawszonym podziemiu mieliśmy szanse przeżyć. Tylko tu. Adrian, żeby zyskać na czasie zapytał:
- Powiedz mi Bishop. Bo nęka mnie jedna rzecz. Dlaczego wiedząc o planach Breena postanowiłeś wybudować sobie tutaj gniazdko, zamiast uprzedzić rząd, wojsko czy choćby pieprzonego prezydenta?- Bishop zaśmiał się niezwykle perfidnie i głośno. Z pomieszczenia obok dało się słyszeć pisk dziewczynki. Adrian zacisnął wargi, ale Rodriguez spojrzał na niego.- Jeszcze chwilę Adrian, na miłość boską, jeszcze chwilę! Zabiją nas rozumiesz? Czekaj na moment.- wzrok Hiszpana mówił wszystko. Shephard poczekał. Craft przestał się śmiać i rzekł:
- Albo jesteś tak głupi albo nie masz pojęcia o czym mówisz Shephard. Razem z Breenem skontaktowaliśmy się z rasą Combine, pamiętnego roku 1995. To nasza dwójka uknuła ten cały pieprzony spisek! W zamian za co? No właśnie, mieliśmy być królami królów XXI wieku! A tu co??!!!! Breen żyje jak cesarz w Nova Prospect! Jest namiestnikiem, ma wszystko czego sobie dusza może zapragnąć! A ja? Zostałem oszukany! OSZUKANYYYYYYYYY!!!!!!!! SPÓJRZCIE NA MNIE!!!- grzmiał teraz rozjuszony Craft. Cornelius zamknął uszy.- Cholera, tylko ja i Marco możemy coś zdziałać. Cor, proszę, otrzeźwiej!- przeszło przez głowę kapralowi. Bishop ciężko dyszał. Z sytuacji skorzystał Adrian. Musiał dać czas Corowi na uspokojenie i Marco, na opracowanie szybkiego planu działania. Ponownie się odezwał:
-Przegraliśmy, Bishop. Masz nas. Pozwól zadać mi jeszcze tylko jedno pytanie.- Craft wyraźnie się uspokoił i odparł:
- Pytaj więc i kończymy zabawę.- Adrian zaczerpnął głęboki oddech i rzekł:
- Jaki dług wdzięczności miałeś wobec dr-a Rosenberga?- Na to pytanie zareagował Cornelius.- Gdy Bishop zaczął mówić i przetarł oczy, Adrian spojrzał w oczy Corowi. Ten dyskretnie pokazał kciukiem, że jest OK. Adrian odetchnął z ulgą. Trzy mutanty przyglądały się im swoimi czerwonymi ślepiami z ogromnym zaciekawieniem, ale też chęcią rzucenia się i rozszarpania swoimi potężnymi szponami. Czekały jednak na sygnał od swojego przywódcy. Cornelius dopiero teraz zaczął działać. Sięgnął dłonią do tylnej kieszeni. Sprawdził, że coś tam się znajduje, po czym lekko się uśmiechnął i puścił oczko w stronę Marco.- Coś kombinują. Dobrze.- przeszło przez myśl Shephardowi. Tymczasem odezwał się Bishop:
- Nie wiem, jakie to ma teraz znaczenie, ale powiem wam. Phillip uratował moją żonę z katastrofy w Rotterdamie. Co prawda zmarła kilka lat temu, ale… Zrobił to. Ocalił jej życie od niechybnego żywota tutaj. Póki Phillip żył, miałem względem niego dług wdzięczności. To prawda. Po jego śmierci jednak, umowa wygada, a poza tym…- nastąpiła dłuższa chwila milczenia.
- Jesteśmy głodni Adrianie. Wybacz…- dał znać ruchem ręki, aby mutanty zaatakowały. Wypadki, które za chwilę nastąpiły były niezwykle dziwne. Bardzo szybkie. Cała akcja trwała około dziesięciu sekund. Trzy istoty rzuciły się w kierunku Rodrigueza, który stał najbliżej. To był błąd. Cor błyskawicznie sięgnął za plecy. Wyjął dużą latarkę i błyskawicznym ruchem włączył ją.Ta jedna sekunda zadecydowała o życiu trzech przyjaciół. Potężny strumień światła spowodował chwilowy postój kreatur. Zasłoniły twarze swoimi wielkimi szponami i zawahały się. Bishop przeciągle krzyknął i wypadł na korytarz. Z tego elementu zaskoczenia skorzystali Adrian i Marco. Hiszpan błyskawicznie oddał trzy strzały w kierunku mutanta, który znajdował się najbliżej. Adrian tymczasem zrobił koziołka po podłodze unikając jednocześnie uderzenia potężnego szponu. Prędko pochwycił swoją mp5-tkę i skierował serię w stronę potworów. Dwa z nich przewróciły się na ziemię. Jeden krzyknął i rzucił się w kierunku Shepharda, który przeładowywał magazynek. Marco zareagował błyskawicznie. Strzelił cztery razy w plecy potwora, po czym ten przewrócił się i bezwładnie opadł na podłogę. Z sąsiednich pomieszczeń zaczęły dobiegać krzyki dziewczyn. Nim Cornelius sięgnął do kieszeni po swój podręczny scyzoryk Adriana i Marco już nie było w pomieszczeniu. Dogonił ich po chwili. Pokoje po prawej i lewej stronie korytarza były otwarte. W jednym dało się słyszeć strzały. W innym krzyki. Adrian ryknął:
- Marco!!! Szybko, do Christiaana i reszty! Cor za mną!!!!!!!!!!!!!!- Wpadli do pomieszczenia, gdzie znajdowały się Svietlana, Justine oraz Juliette. Na podłodze leżało małe ciało w ogromnej kałuży krwi. Obok ciała dwa ścierwa mutantów kopanych przez Svietlanę. Juliette leżała na łóżku z zamkniętymi oczyma. Justine płakała w kącie z zakrwawionymi rękami. Adrian potężnym kopniakiem zmiażdżył głowę potwora, który jeszcze żył. Cornelius złapał Rosjankę w pas i odciągnął od zwłok. Svietlana krzyczała i płakała jednocześnie. To było przerażające. Cornelius musiał na siłę przyciągnąć ją do klatki piersiowej. Adrian dopadł do Justine. Ta momentalnie wstała i przytuliła się do niego. W sąsiednim pokoju padły strzały, potem krzyk, a na końcu przeraźliwa cisza. W oddali dało się słyszeć ryk rozwścieczonych mutantów, które na polecenie Bishopa gnały tu z zadziwiającą prędkością. Do pomieszczenia wpadł Rodriguez, z Kooistrą na rękach. Był cały zakrwawiony. Shephard dopadł do niego. Ostrożnie położyli młodego Holendra na posadzce. Adrian zerwał strzępy koszulki namokniętej od krwi. Klatka piersiowa Kooistry posiadała głębokie cięcie. Tuż przy sercu. Krew ciekła z rany w niewyobrażalnym tempie. Kooistra stękał z bólu. Adrian ryknął:
-Coooooooooooooooooor!!!!!!!!!!!!!!! Szybkooooooooooooo!!!!!!!!!!!!!!- Cornelius posadził Svietlanę na łóżku i dopadł do rannego. Zdjął koszulkę i mocno uciskając rzekł:
- Jeżeli ciągu godziny ta rana nie zostanie zszyta Christiaan umrze.
-Ej… Chłopakkiii… Co ze mną… Jeszcze żyję?- Cor miał oczy pełne łez:
- Spoko brachu… Świetnie się trzymasz, naprawdę…
- Gdzie Juliette…?- spytał Kooistra. Tak naprawdę ani Adrian ani Cor nie wiedzieli czy dziewczyna jeszcze żyła. Shephard nie wiedząc co ma powiedzieć wybełkotał, też przez łzy:
- Straciła przytomność. Justine jest przy niej.- Marco wtrącił:
- Callahan i ten cały Charlie nie żyją. Gdybym nie wiedział, że z Christiaanem było jeszcze dwóch, nie powiedziałbym, że to oni. Nie ma nawet czego zbierać… Ciała poćwiartowane.- Adrian skinął. Ciężkie łzy zaczęły kapać mu po policzkach. W tym czasie drzwi z głuchym trzaskiem kilkaset metrów dalej otworzyły się. Rodriguez wypadł na korytarz i ze spokojem klęknął na posadzce. Po chwili zaczął strzelać krótkimi seriami, pewnie, nie wydając z siebie żadnego dźwięku. Krzyki głodnych kanibali były coraz bliżej.
- Powiedzcie mojej stokrotce, że bardzo ją kocham.- wyszeptał Christiaan. Cor uciskał mocno, ale tracił siły:
-Sam jej to powiesz gnojku. Masz wytrzymać do cholery, wytrzymaj do kur*y nędzy!!!!- Adrian odwrócił się. Justine mocno obejmowała Svietlanę. Rosjanka płakała. Holenderka też. Starała się pocieszać koleżankę, ale bezskutecznie. Adrian dopiero teraz zwrócił uwagę na zastygłe już ciało obok dogorywającego Kooistry. Leżała tam Carrie z poderżniętym gardłem. Jej błękitne oczka zastygły na zawsze w ogromnym strachu, Łzy powoli schły małej nieboszczce na policzkach, a usta zastygły w niemym już krzyku. Potwory były coraz bliżej. Rodriguez strzelał. Adrian płakał.

**

Niebo w Rotterdamie było karmazynowe tego wieczoru. Tej nocy odeszli bohaterowie. Holandia po raz kolejny spłynęła niewinną krwią. Mężczyzna w garniturze stał na pagórku obserwując ruiny. Spojrzał na zegarek, uśmiechnął się i obróciwszy się odszedł w swoją stronę. Mamy 24 sierpnia. Jutro bitwa końca świata… Płonący deszcz… „Fire Rain”…

_________________
"Kto cię z wody wyciągnie za dupę, temu będziesz pilnować chałupę..."
Ogląda profil użytkownikaWyślij prywatną wiadomość
Konrad Elite
Stary Headcrab
Ostrzeżenia: 1


Dołączył: 08 Cze 2009
Skąd: Phobos

Steam ID: kondzio95
Xfire: wywalcie tą rubrykę bo Woozie za jego pomocą kontroluje Elektryka!
PostWysłany: Pią Sie 20, 2010 17:59 Odpowiedz z cytatemPowrót do góry

Jeju...ten szok,zwrot akcji już jak zobaczyłem ze jest następna część Drugiego Frontu myślałem ze napisze "Jeju jak szybko..." ale jak przeczytałem to zatkało mnie... Ale troszkę przesadziłeś "mutantów" przełknę ale "magie" Thatanosa już nie bardzo...

Good Job Man!

_________________
Image
Yay!
Ogląda profil użytkownikaWyślij prywatną wiadomośćWyślij emailOdwiedź stronę autora
BreenWallace
Młody Headcrab



Dołączył: 27 Mar 2008
Skąd: Kielce



PostWysłany: Pią Sie 20, 2010 18:28 Odpowiedz z cytatemPowrót do góry

Konrad Elite napisał:
Jeju...ten szok,zwrot akcji już jak zobaczyłem ze jest następna część Drugiego Frontu myślałem ze napisze "Jeju jak szybko..." ale jak przeczytałem to zatkało mnie... Ale troszkę przesadziłeś "mutantów" przełknę ale "magie" Thatanosa już nie bardzo...

Good Job Man!


O nie nie nie... To nie żadna magia Thanatosa. Dokładnie przemyślałem sobie całą fabułę i celowo nadałem mu kształt potężnej istoty. Faktycznie, taką jest, ale to nie żadna magia... Wszystko wyjaśni się w kolejnych rozdziałach. Dzięki za oceny Konrad, chociaż Ty, jako jeden z niewielu jeszcze czytasz. Pozdro Uśmiechnięty

_________________
"Kto cię z wody wyciągnie za dupę, temu będziesz pilnować chałupę..."
Ogląda profil użytkownikaWyślij prywatną wiadomość
Sion
Headcrab wyjadacz



Dołączył: 07 Cze 2009
Skąd: Kraków

Steam ID: Sion[PL]

PostWysłany: Pią Sie 20, 2010 20:24 Odpowiedz z cytatemPowrót do góry

BreenWallace napisał:
...


SPOJLAAZ!!!

A poza tym czekam na więcej. Całkiem ciekawe. Oczko
Ogląda profil użytkownikaWyślij prywatną wiadomość
BadSol
Headcrab wyjadacz



Dołączył: 18 Paź 2007




PostWysłany: Pią Sie 20, 2010 20:41 Odpowiedz z cytatemPowrót do góry

Już miałem zacząć marudzić, i nagle... Awesome Bardzo szczęśliwy!
Ogląda profil użytkownikaWyślij prywatną wiadomośćNumer Gadu Gadu
The Mr R
Młody Headcrab
Zbanowany


Dołączył: 03 Sty 2010




PostWysłany: Sob Sie 21, 2010 11:08 Odpowiedz z cytatemPowrót do góry

Wallace, nie tylko Konrad to czyta, bo ja też to czytam. Good work, mate!. Czekam na następne części.
Ogląda profil użytkownikaWyślij prywatną wiadomość
Archi
Dojrzały Headcrab



Dołączył: 29 Gru 2009
Skąd: Venice, CA



PostWysłany: Nie Sie 22, 2010 21:43 Odpowiedz z cytatemPowrót do góry

No kolego, dobra robota Uśmiechnięty Czekam na kolejną cześć, bo ta przyprawiła mnie o dreszcze, ale jest jedno ale...

Nie wiem czy ja źle czytam, ale widze tam napis:
Cytat:
BLACK MESA RESEARCH FACILITY, US PRODUCTION, NEW MEXICO 1995


A kilkanaście liinijek niżej widzę:
Cytat:
Niebo w Rotterdamie było karmazynowe tego wieczoru.


Co w Rotterdamie robi cegła z Nowego Meksyku? hęę...?
Ogląda profil użytkownikaWyślij prywatną wiadomośćNumer Gadu Gadu
Joz
Kopfkrabbe



Dołączył: 22 Lis 2008
Skąd: Casablanca

Steam ID: sc.com/id/joz

PostWysłany: Nie Sie 22, 2010 22:54 Odpowiedz z cytatemPowrót do góry

Samego opowiadania nie czytam (sorry, tl;dr), ale Black Mesa była w Nowym Meksyku, a opowiadanie toczy się w Rotterdamie, więc można przyjąć że ta cegła to pamiątka z Black Mesy, przywieziona przez kogoś.
Ogląda profil użytkownikaWyślij prywatną wiadomość
Archi
Dojrzały Headcrab



Dołączył: 29 Gru 2009
Skąd: Venice, CA



PostWysłany: Nie Sie 22, 2010 23:13 Odpowiedz z cytatemPowrót do góry

Wiem, że opowiadanie toczy się w Rotterdamie, a Black Mesa była w Meksyku. Grałem w Half-Life'a i czytałem opowiadanie. Chciałem się poprostu dowiedzieć czy jest to niewinny błąd ot tak dla podbudowania napięcia czy celowa zagrywka (np: tak jak mówisz pamiątka po BM) Gordonowi opadła szczęka
Ogląda profil użytkownikaWyślij prywatną wiadomośćNumer Gadu Gadu
BreenWallace
Młody Headcrab



Dołączył: 27 Mar 2008
Skąd: Kielce



PostWysłany: Nie Sie 22, 2010 23:27 Odpowiedz z cytatemPowrót do góry

No to tak: Rosenberg kumał się z Craftem. Bishop współpracował z Breenem i wiedział, do czego dojdzie, gdy obcy się przedostaną. Jako, że chciał bezpiecznie przeczekać nawałnicę skorzystał z materiałów wyprodukowanych w Black Mesa i zlecił budowę schronu w Holandii, do której miał się udać razem z Rosenbergiem niczego się nie domyślającym po "wojnie 7-godzinnej". Cały spisek zauważył Adrian, gdy zapytał się o owe gniazdko, kiedy Bishop pojawił się u niego. Przeczytaj to jeszcze raz, może trudno to faktycznie skojarzyć, ale o to mi chodziło Uśmiechnięty piona, dzięki za zainteresowanie DF, już niedługo kolejna część Uśmiechnięty

_________________
"Kto cię z wody wyciągnie za dupę, temu będziesz pilnować chałupę..."
Ogląda profil użytkownikaWyślij prywatną wiadomość
Archi
Dojrzały Headcrab



Dołączył: 29 Gru 2009
Skąd: Venice, CA



PostWysłany: Pon Sie 23, 2010 10:20 Odpowiedz z cytatemPowrót do góry

No teraz kminię co i jak Oczko Czekam z niecieprliwością!
Ogląda profil użytkownikaWyślij prywatną wiadomośćNumer Gadu Gadu
Arto
Headcrab wyjadacz
Ostrzeżenia: 2


Dołączył: 28 Gru 2007


Steam ID: ArtoSforza
Xfire: arto013
PostWysłany: Pon Wrz 13, 2010 18:44 Odpowiedz z cytatemPowrót do góry

[Przychodząca transmisja...]

[Plik częściowo uszkodzony]

[Dekodowanie...]

Raport 21

[e7e40e52] 9 przeszedł przez wszystkie laboratoryjne testy. Wszystkie podzespoły zdają się [2902df67] jak należy, mimo iż z powodu pewnych... komplikacji, nie mogliśmy przeprowadzić testów w warunkach prawdziwych walk. Otóż użytkownik tego [e7e40e52] zdecydował, że nie [2df675e4].
Od tej pory, wszystkie oddziały [42ea68] oraz ARAM, wliczając w to pozostałe [e7e40e52], mają za zadanie schwytać [5126ag12] jeśli tylko nadarzy się okazja. Osobnik ten posiada sprzęt będący naszym asem w rękawie. Poza tym, nie możemy sobie pozwalać na niesubordynację w obliczu tak potężnego wroga. Wszystkie dane umieszczone są [ae29491]

[Plik nieczytelny]
...
[Koniec transmisji]
Ogląda profil użytkownikaWyślij prywatną wiadomość
BreenWallace
Młody Headcrab



Dołączył: 27 Mar 2008
Skąd: Kielce



PostWysłany: Pią Paź 15, 2010 10:14 Odpowiedz z cytatemPowrót do góry

Po dłuższej przerwie postanowiłem przysiąść do mojego cyklu opowiadań, także zmotywowany, pełen nowych pomysłów postaram się wrzucić dziś kolejny rozdział DF. Niech Łom będzie z Wami Szczęsliwy Gordon

_________________
"Kto cię z wody wyciągnie za dupę, temu będziesz pilnować chałupę..."
Ogląda profil użytkownikaWyślij prywatną wiadomość
Antyobywatel
Headcrab wyjadacz



Dołączył: 29 Lut 2008
Skąd: Warszawa

Steam ID: Antyobywatel

PostWysłany: Nie Mar 20, 2011 21:13 Odpowiedz z cytatemPowrót do góry

Narrator napisał:
Po dłuższej przerwie postanowiłem przysiąść do mojego cyklu opowiadań, także zmotywowany, pełen nowych pomysłów postaram się wrzucić dziś kolejny rozdział DF. Niech Łom będzie z Wami Szczęsliwy Gordon

O rly? Bardzo szczęśliwy


Występują wulgaryzmy i sceny drastyczne. 18+


Promień wschodzącego słońca nieprzyjemnie drażnił zamknięte oczy. Znowu zapomniałem zasłonić te cholerne okna - pomyślał leniwie unosząc powieki.
- Kiedy się w końcu wyśpię - zapytał sennie pustkę.
Pustkę metaforyczną i dosłowną. Niewielki pokoik, stanowiący jego kwaterę na minioną noc, umeblowany był niezwykle skąpo. Właściwie wstawiono tylko stare metalowe łóżko, doprowadzające śpiącego do szału przy każdym poruszeniu, odzywając się istną orkiestrą skrzypień i brzdęknięć. Z sufitu zwisała na kablu jedna stara żarówka, farba ze ścian odpadała całymi płatami. Jej dawny kolor dziś był tajemnicą nie do odgadnięcia.
Przez chwilę leżał skupiając wzrok na suficie, pasującym pod względem estetyki do reszty pomieszczenia. W końcu jakby podjął decyzje, zaburczał niewyraźnie kilka przekleństw, odrzucił stary koc, wstał. Z ramy łóżka zabrał kurtkę, pas z kaburą wypełnioną mocno poobijanym glockiem. Sprawdził płynność ruchu zamka, stan magazynka mrucząc pod nosem coś o "[cenzura] ździercach" i "pier.dolonych kutwach". Zatrzymał się jeszcze na chwilę przed drzwiami. Westchnął ciężko, dodając w myślach "nowy, pieprzony, piękny dzień!" i nacisnął klamkę.
Przeszedł przez nieciekawy, ciemny korytarz i dalej po skrzypiących schodkach w dół do większej sali. Brudne okna przepuszczały dość światła by można zorientować się w chaotycznie poustawianych stołach. W przeciwnej ścianie wykuto dwa kwadratowe otwory. Nad jednym z nich ktoś bezpośrednio na ścianie nabazgrał czarną farbą "Zwrot Naczyń". Pieprzona stołówka z pieprzenie nie dobrym żarciem - wspomniał wczorajszą, późną kolację. Podszedł do drugiego okienka i zapukał w blat. Odczekał spokojnie dwadzieścia sekund. Zapukał jeszcze raz. Głośniej.
- Śpię... przyleź później... spać nie dadzą... wa mać... - zabełkotał głos z wnętrza.
Nie dał się zniechęcić. Spojrzał na cynowe miski ustawione w malowniczą wierzę na blacie. Delikatnie przesunął niestabilną konstrukcję na skraj. Uśmiechnął się wrednie pod nosem i zepchnął wszystkie za krawędź. Piekielny łomot i brzęk odbił się echem od ścian śpiącego budynku i zmieszał z miękkim dźwiękiem jakby spadającego ciała na podłogę.
- Kur.wa twoja Mać! Ja ci dam żartownisiu... - z okienka wyłoniła się tłusta, nieogolona gęba kucharza, wykrzywiona grymasem wściekłości. Już składał usta do kolejnej fali wulgaryzmów gdy jego wzrok zogniskował się na spokojnej twarzy, zjechał w dół, zahaczył o stary pistolet i znów w górę by zatrzymać się prosto w czarnym spojrzeniu rannego ptaszka. Opanował się. Otarł czoło wierzchem pulchnej dłoni, sapnął gniewnie i zapytał - Czego dusza pragnie o tak wczesnej godzinie...? Jeść? Śniadanie o 7.30 jak zwykle, bez wyjątków...
- Daj chleba, konserwę jakąś.
- Mówiłem, bez wyjątków...
- Co ci szkodzi? I tak już popsułem ci sen.
Gruby popatrzył z niechęcią. Dał za wygraną
- Zara - zniknął w mroku. Pojawił się za chwilę ze zrealizowanym zamówieniem - trzymaj i spływaj...
- Dzięki za wysiłek.
- Kurewscy konwojenci, taka ich mać... - dodał po cichu obserwując jak "klient" wychodzi na zewnątrz otwierając drzwi łokciem.
Mimo że słońce świeciło już całkiem mocno, dało się jeszcze czuć chłód nocy. Która to już wiosna - zastanowił się podrzucając puszkę z boczkiem - trzydziesta pierwsza chyba...
Pod ścianą, na niewysokiej próchniejącej ławeczce siedział ogorzały ciemnowłosy mężczyzna. Opalał się z wyrazem całkowitego relaksu na twarzy co nieco kontrastowało z szarozielonym postrzępionym mundurem. Mocno sfatygowanym mundurem. Trudno by się na nim dopatrzeć miejsca bez mocnego szwu czy nieco świeższej łaty.
- Dzień dobry Czarny - zwrócił się do stojącego w progu z chlebem pod pachą.
- Dobry jak każdy poprzedni, Szpadlu - odpowiedział.
Nikt nie wiedział z jakiego powodu Szpadel zyskał taki przydomek. Ci bardziej złośliwi mówili, że to od kształtu gęby, która rzeczywiście mogła kojarzyć się z łopatą. A może od wielkich dłoni przypominających szufle? Tak czy inaczej Szpadel okazał się dobrym kompanem, na którego można liczyć.
- Siadaj, pogadamy sobie, nacieszymy się słoneczkiem przed robotą - zaproponował.
Czarny skorzystał, dobrze wiedział że "pogadamy" to dużo powiedziane. Szpadel nie potrzebował dużo słów. Bagnetem wzór 98 zabrał się za otwieranie konserwy. Chleb był cholernie suchy, rekompensował to boczek, jak zwykle idealnie tłusty. Kiedy już uporał się z posiłkiem, poluzował pas, usiadł wygodniej i przyłączył się do cichego grzania we wschodzącym słońcu.
Na placu zaroiło się od ludzi. Wszyscy podobni. Ostrzyżeni na krótko, szaro-brudni. Krzątali się to wchodząc to wychodząc z okolicznych zabudowań. Było ich ponad dwudziestu, prawdziwy tłum jak na tutejsze warunki. Czarny z kolegą obserwowali obojętnie ten chaos.
- Skoczę po coś do picia - rzucił do Szpadla - Chcesz?
- Kawę.
Czarny wmaszerował na mocno zatłoczoną już stołówkę.Szczęk sztućców unosił się smętnie nad jedzącymi. Napełnił termos szczynami które hucznie nazywają tu herbatą, manierkę wodą, odebrał cynowy kubek z kawą od próbującego zabić go wzrokiem kucharza i wrócił na ławeczkę.
- Zaraz się skończy ta sielanka - rzekł powoli dopijając ostatnią kroplę herbaty - No chyba że ktoś rozpierdzielił ten cały konwój i nic do osłaniania już nam nie zostawił - dodał z nadzieją. - Tak czy inaczej trzeba pozbierać ten motłoch. Ustaw ich do apelu.
Szpadel wstał na równe nogi a wzrost miał konkretny, przeciągnął się tak że kości w krzyżu strzeliły. Zerknął niechętnie na towarzystwo i zabrał się do typowych zajęć sierżanta:
- Kur.wa wasza mać! - huknął zdobywając uwagę - Do apelu w dwuszeregu zbiórka! Szybciutko! - Ostatni rozkaz zaakcentował kopniakiem wymierzonym w dupę zbyt opieszałego spóźnialskiego.
Po kilku dodatkowych upomnieniach i jednym wywleczeniu ze stołówki, hołota zdołała sformować dwa w miarę równe szeregi.
- Przydzielono wam mnie, żebym was pilnował dzieciaczki - zaczął Czarny - Uprzedzam lojalnie, moja praca ma polegać na utrzymaniu porządku. Od teraz to ja dowodzę w tej piaskownicy. Komu to będzie nie pasować wypier.dala z piaskownicy. Wylatuje na ołowiu i z ołowiem w dupie. Bawimy się grzecznie, według moich zasad dzieciaczki - niektóre "dzieciaczki" z brodami i wąsiskami nie wyglądały na zachwycone - albo nie bawimy się wcale. Moja wypłata zależy od waszych wybryków więc niech nikt nie liczy, że będę je tolerował. Czy to jest jasne?
Niepewny pomruk przesunął się po szeregu.
- Dobrze. Do rzeczy. Broń dostaniecie jak konwój zajedzie na tankowanie. I niech ja kogoś złapie na głupich zabawach i marnowaniu amunicji! Własnoręcznie wepchnę kałasznikowa w dupę delikwentowi... razem z magazynkiem...
- Kierowcy odpoczną, my zastąpimy zmęczoną ochronę i rano ruszamy. Bez postojów aż do południa, wiec wysrać się przed jazdą. Od teraz zachować pełną gotowość. Jakieś pytania. Brak. Sierżancie wydajcie rozkazy.
Wydano rozkazy. Wprowadzono dyscyplinę. Głównie strachem i agresją, tak można to zrobić najszybciej i najłatwiej. Około ósmej wieczorem do zajazdu dotarła w końcu kolumna konwoju. Dwa lekkie łaziki. Pierwszy jechał dwa kilometry z przodu jako czujka. W drugim siedziało dowództwo z wyróżniającym się starym napuszonym oficerem o zaciętej gębie. Za samochodem warczał groźnie bojowy wóz piechoty. Spod siedzących na nim zakurzonych żołnierzy prawie nie było widać pancerza. Lufa ukmu MG 3 czujnie zadarta w górę zdawała się wietrzyć zagrożenie. Dalej dwie opancerzone ciężarówki marki STAR. Tylną straż stanowił kolejny transporter opancerzony z jeszcze bardziej zakurzonymi pasażerami. Wieżyczka z wkmem bacznie obserwowała prawą stronę drogi. Tu i tam blachy nosiły ślady dawnego ostrzału.
- Wiesz Szpadel, coś czuję że to będzie kiepska wycieczka. Mam złe przeczucia.
- Zawsze masz złe przeczucia.
- Często się sprawdzają - zauważył Czarny.
- Taka robota.
- Racja i bez przeczuć można się spodziewać, że będzie syf. Zawsze jest syf.
Czarny obserwował swoimi ciemnymi oczami zeskakujących z BWP. Właściwie staczających się. Jazda na blachach przez 20 godzin daje w kość. Stary dowódca wyskoczył z łazika z zadziwiającą sprawnością jak na tak siwy włos i głębokie zmarszczki. Zdjął czapkę, przeczesał rzadkie włosy rozglądając się się uważnie po zajeździe. Jego wzrok spotkał się w końcu ze spojrzeniem Czarnego. Wcisnął czapkę na głowę i szybkim krokiem ruszył w ich stronę. Czarny zasalutował, wiedział że starsze pokolenie wojaków, pamiętających jeszcze stare dobre czasy sprzed Wojny lubili takie pierdoły. Starszy - Major wnosząc po ilości gwiazdek - odwzajemnił salut, jego spojrzenie złagodniało trochę. Trafiłem - uśmiechnął się w duszy Czarny.
- Wy dowodzicie drugą zmianą?
- Zgadza się.
- O szóstej rano odjazd. W tamtym STARze - wskazał ciężarówkę - znajduje się wyposażenie, uzbrójcie ludzi i wydajcie żywność. Drugiej ciężarówki nie ruszać. Zrozumiane?
- Zrozumiane.
- Wykonać. - Stary wymienił honory i odmaszerował na kwaterę.
- Chodź Szpadel - Czarny zwrócił się do swojego sierżanta - trzeba rozdać zabawki dzieciakom. Tylko sprawiedliwie, żeby się nie pozabijały... Zbyt wcześnie - dodał gorzko po chwili.

Mam nadzieje, że będzie spokój - pomyślał wsiadając do rozklekotanego łazika. Oficer zajął już miejsce koło kierowcy. Czarny jeszcze raz spojrzał na swojego sierżanta, sadowiącego się na poobijanym pancerzu ostatniego Bojowego Wozu Piechoty pomiędzy resztą wojaków. Bardziej przypominających wojsko niż jeszcze kilka godzin temu. Na brudne ubrania pozakładali kamizelki taktyczne i kuloodporne, gdzie nie gdzie można było dostrzec hełm. Chociaż wyposażenie było w stanie mocno zużytym i tak pozytywnie wpływało na morale. Tym bardziej że "dzieciaczki" wreszcie otrzymały broń - stare, połatane awtomaty kałasznikowa występowały w przewadze. Słońce odbijało się w świetlnych refleksach od błyszczących stalowo elementów mocno sfatygowanych karabinów i pistoletów maszynowych.
- Cholernie ładny dzień na przejażdżkę, nie prawdaż? - zapytał zaskakująco uprzejmie siwy major, odwracając się w fotelu.
- Jak jasna cholera - Czarny pozwolił sobie na nieco swobodniejszy ton.
- Pańscy ludzie są gotowi?
- Bardziej nie będą, majorze.
- No to w drogę... - oficer złapał za ramę samochodu, stanął na równe nogi i wykonał zamaszysty gest na który czekali kierowcy. - Jazda - rzucił krótko młodemu żołnierzowi za kółkiem.
Zawarczały i zadygotały silniki, wstrząsając cichą okolicą. Z pobliskich drzewa zerwały się ptaki.
- Długo na kontrakcie? - Zagaił dowódca, gdy wycie rozgrzewanych silników transporterów zamieniło się w równe, nie tak już głośne mruczenie.
- Dopiero wstąpiłem, znajomy mnie nakłonił. Korporacja oferuje spore stawki dla doświadczonych w takich działaniach, jak to. Zresztą na pewno o tym wiecie, majorze.
- Tak, ostatnio ciągle trzeba uzupełniać kadrę... - wyraźnie stropił się tym i dodał ciszej - napięcia ciągle narastają, ludzie giną i coraz trudniej znaleźć kogoś z odpowiednim wykształceniem i jak Pan zauważył, doświadczeniem.
Czarny nic na to nie odpowiedział. Obserwował pobocza zarośniętej już drogi. Przyroda odbierała z niesamowitą prędkością to co ludzie wydzierali z niej jeszcze niecałe pół wieku temu. Gdyby nie grupy tak zwanych drogowców wydzielonych specjalnie by dbali o jako-taką jakość nawierzchni dawno już nie dało by się tedy jechać. Każda "firma" dbała o swoje szlaki transportowe najlepiej jak było ją na to stać. I o bezpieczeństwo transportowanych towarów, oczywiście.
Usiadł nieco wygodniej - Jeżeli coś ma się wydarzyć to na pewno przed końcem tego odcinka, nie w środku, nie na początku. Tylko na końcu gdy wszystkich zmęczy monotonnia i dławienie się kurzem.

Godziny wlekły się smętnie, za godzinami wlekły się posępne BWP, ciężarówki i samochody. Czasem dało się słyszeć jak ktoś obrywa po łbie i zbiera soczystą wiązankę przekleństw od Szpadla.
- Zgaś tego skręta idioto! Wyluzować się chcesz? Ja cię zaraz wyluzuje... Nie spać tam! Ty! Tak ty! Nie śpij bo się spie.rdolisz pod koła i trzeba będzie zatrzymać konwój a wtedy upie.rdole ci głowę przy samej dupie...
Dowództwo jechało cicho. Od pewnego czasu major spiął się wyraźnie, Bacznie obserwował każdy cień w lesie, każdy pagórek mogący skrywać wroga. Jechali lasem gdy nagle zerwał się z siedzenia. Machnięciem dał sygnał: stój. Konwój zamarł. Wszyscy mocniej uchwycili broń, zaczęli z niepokojem się rozglądać.
- Nie podoba mi się to - powiedział wstając i dalej intensywnie wpatrując się w drzewa przed sobą. Po obu stronach drogi teren unosił się łagodnie, skrywając wszystko przed oczami każdego kto by tamtędy jechał. - I wcale nie chodzi mi o te góreczki idealnie nadające się na zasadzkę... Tam coś jest.
Czarny próbował wzrokiem przebić materię ale nie dostrzegał niczego niepokojącego.
- Dajcie rozkaz, trzeba się temu przyjrzeć... - powiedział oficer.
Wstał, kiwnął głową do swojego sierżanta i krzyknął:
- Z wozów!
Krótka seria z karabinu boleśnie rozcięła ciszę. Kule załomotały o karoserię samochodu. Zdążył paść na podłogę, jednym okiem spostrzegając jak pocisk rozrywa szyję majora a pół sekundy później drugi, większego kalibru zmienia głowę w krwawy strzęp. Bezwładne zwłoki wypadły na zewnątrz wozu. Minęło pierwsze zaskoczenie, żołnierze zeskoczywszy na ziemię szukali osłony. Za pancerzem transportera, w płytkich rowach przy drodze, za co grubszym drzewem. Świst kul podnosił kurz wokół strzelających, drzazgi odłupywały się całymi szczapami z pechowych drzew. Rykoszety wyły potępieńczo a na samym środku tego bajzlu w dziurawionym łaziku leżał na podłodze Czarny kurczowo ściskając krótki AKS. Szpadel wychylił się zza pancernej ściany BWP, namierzył wzrokiem doskonale zamaskowane stanowisko ogniowe które nieprzerwanie naparzało w odciętego dowódce. Sierżant przez krótkofalówkę wydał rozkaz strzelcowi obsługującemu wkm i sekundę później potężny łomot skoncentrował się w jednym miejscu, uciszając na chwilę większość wrogów. Czarny wychwycił ten moment, rzucił granat dymny, dziękując w duchu za przeczucie że się może przydać. Wyskoczył na ziemię. Szara zasłona szybko przesłoniła pole walki, ale też na krótko. Zdążył uskoczyć za transporter jednostajnie odmierzający sekundy basowym hukiem wkmu. Zdążył w ostatniej chwili, moment później powietrze przeciął zwijając wężowo za sobą ogon dymu, pocisk z ręcznego granatnika. Uderzył tuż obok, zamieniając kawał samochodu w kupę poskręcanego metalu, a miejsce w którym stał w nieciekawie dymiącą czarną dziurę.
- Trzymasz się Czarny? - sierżant spojrzał na okopconego przełożonego - nie przeciekasz nigdzie?
- Chyba nie... nie - pozbierał się w sobie, chwycił mocniej karabinek - Na czym stoimy?
- Na gównie, ale i tak dobrze że nie wjechaliśmy po samą szyję w to gówno.
- Taaa. Major miał nosa. W przenośni... i dosłownie niestety.
- Okopali się porządnie po obu stronach drogi. Tam i tam - wskazał mniej więcej kierunek - Ale nie założyli że atak rozpocznie się zanim wjedziemy pomiędzy więc spokojnie możemy się bronić.
Kolejna eksplozja ukłuła uszy, tym razem nieco bliżej.
- Wziąłeś pod uwagę że mają RPG? - spytał zjadliwie Czarny.
- Dużo drzew i do tego pod silnym ostrzałem. Kiepsko się celuje w takich warunkach - Szpadel wychylił się ostrożnie zza zasłony wypatrując posiadacza granatnika. Dostrzegł go i posłał dwie seryjki. Celnie. - wykosimy ich raz, dwa - dodał.
Potężna eksplozja rozerwała przód wieży z wkmem, ogłuszając wszystkich dookoła.
- Albo i kur.wa nie. - stwierdził Szpadel otrzepując się z kurzu.

Czarny szybkim spojrzeniem omiótł swoich ludzi, a w pamięci rozrysował sobię pozycje wroga. Czas działał na jego niekorzyść, konwój nie był przygotowany na długotrwałą wymianę ognia. Lekko dymiący BWP ze sporą dziurą tam gdzie kilka chwil temu był sprzeżony karabin, też nie nastrajał optymistycznie.
- Wykrwawią nas tutaj - stwierdził.
Sierżant nie zwrócił uwagi, mocował się z zacinającym magazynkiem, klnąc pod nosem.
- Szpadel! Potrzebuje osłony - dowódca przekrzykiwał trzaskający ogień z kałachów - dawaj mi tu drugi transporter. I dwóch ochotnikow!
Podoficer wydał rozkaz przez krótkofalówkę i za kilka sekund, wóz bojowy podjechał bliżej. Ciężkie drzwi uchyliły się i z brzucha stalowego potwora wyskoczyło 5 najemników. Szybko przyskoczyli za wrak. Nie wszyscy mieli szczeście, ostatni oberwał w udo. Wił się na drodzę, coraz spokojniej, krew szybko wsiąkała w brudny piach.
- Dwaj do mnie! - Sierżant rozstawiał "po kątach" - Ty tutaj, a ty tu!
- Ochotnicy? - Czarny spytał, patrząc po brudnych mordach.
- A jaka to różnica - odpowiedział pytaniem nieco czystrzy i młodszy z obartych wojaków.
- W sumie żadna. Ogień zaporowy - odwrócił się do Szpadla - spróbuje oskrzydlić drani... a i pożycz granat... albo lepiej dwa.
Krótki rozkaz przez radio i MG 3 zaczęło z większą zajadliwością tłuc we wrogie umocnienia, kto był w stanie wychylał się zza osłony i strzelał ostatkami amunicji. Nie dla każdego kończyło się to zdrowo, rozerwane ramię żołdaka z rowu, dziura w całkiem świeżym NATOwskim hełmie, tyle zarejestrował wzrok Czarnego podczas szaleńczego biegu od drzewa do drzewa, od dołka do dołka. Pomimo wszystko skoncentrowany ostrzał przyniósł efekt. Obniżenie terenu skryło pole walki. Dowódca przystanął i uspokoił oddech.
- Wszyscy cali?
- Tak sądzę - młodszy obdartus ciągle macał się z niedowierzaniem kręcąc głową.
- Teraz za mną, cichutko i szybkciutko. W kolumnie, odstępy 3 metry, nisko panowie.
Biegnąc po szerokim łuku zauważył że od prawej strony teren delikatnie się unosił. Kilka minut później zwolnili i powoli sunęli przez gęste zarośla. Czarny kierował się słuchem. Coraz rzadsze strzały konwojentów nie były dobrym znakiem, tym bardziej że łomot z drugiej strony, zza umocnień wroga, nie cichł. Podczołgał się do linii gęstych krzewów i ostrożnie wyjrzał. Z tego wzniesienia miał idealną panoramę pola walki. Znajdował się trochę za okopanym wrogiem, w myślach zdumiał się nad rozmachem i doskonałym przygotowaniem zasadzki. Gdyby w nią wjechali, potyczka skończyła by się szybciej, o wiele szybciej. Napastnicy zachęceni już praktycznie brakiem ostrzału ze strony konwoju opuszczali pozycje i zaczynali się powoli zbliżać, nie przestając przygniatać ogniem. Krótki błysk zza rozkraczonego BWP i najbliżej znajdujący się żołnierz zarył twarzą w piach. Teraz cały ogień skupił się na Szpadlu schowanym za transporterem - jak słusznie domyślił się Czarny. Dowódca odwrócił się do towarzyszy i przywołał ich ręką.
- Linia - szepnął - strzelacie tylko gdy ja zacznę lub gdy wróg nas zauważy.
Namacał ręką granat. Szybko zbiegł ze wzniesienia, wyciągając zawleczkę, myśląc tylko o tym by się nie przewrócić. Niezauważeni przebiegli koło pierwszego okopu, zostawiając po sobie tylko wybuchową niespodziankę. Czarny biegł do drugiego okopu. Zatrzymał się na skraju, tuż nad głowami nieświadomych strzelców, szybko wymierzył. Cały magazynek z AKSu przybił do ziemi czterech wrogów. W tym samym czasie eksplozja granatu rozerwała załogę pierwszego umocnienia. Czarny zeskoczył do okopu, odrzucił pusty kbk i sięgnął po niezawodnego glocka. Jego ochotnicy uporali się z trzecim "bunkrem" i teraz punktowali tych nieszczęśników którzy dostali się pod krzyżowy ogień. Od strony konwoju też dało się słyszeć strzały i okrzyki pełne nowej nadziei. Żołnierze przestali oszczędzać naboje i pozbywali się właśnie ostatnich. Sabotaż przechylił szale zwycięstwa, napastnicy poszli w rozsypkę lub ginęli nie znajdując osłony przed kulami świszczącymi z obu stron.

- Straty? - spytał sierżanta. Patrzył na stalowy bok wozu, który służył im za osłonę. Pociski najróżniejszego kalibru tak zorały blachy, że przypominał teraz drogowy koszmar dawnego polskiego kierowcy. Prawa burta osiadła mocno na ziemi a z oderwanej wieży sączył się ciemny dym. Odwrócił się do przyjaciela - Jakie są straty w ludziach?
- Dziewięć trupów na miejscu - Szpadel odparł beznamiętnie - trzech walczy o życie, moim skromnym zdaniem nie dowieziemy ich żywych. Drobnych ran i zadrapań nawet nie liczyłem. Sprawnych pozostało nam sześciu, plus kierowcy.
Dowódca pokiwał ze zrozumieniem głową
- Złapaliśmy kogoś żywcem?
- Nie, skur.wysyny biły się do końca albo pouciekały w las...
- Ech... to po premii... Rannych do wolnego STARa, reszta na pancerz, ciężarówki jadą pierwsze - wydał dyspozycje ze znużeniem przecierając oczy - swoją drogą za dobrze wyposażeni jak na zwykłą bandę napadającą na korporacyjne szlaki, nie?
- Zdyscyplinowani jak cholera - skierowali się by zająć miejsca w konwoju - i spójrz na te mundury... nowe i wszystkie takie same, a jednocześnie bez żadnych naszywek, niczego, nawet stopni nie ma na pagonach...
Jeden strzał. Tak niezwykle głośny w tej ciszy jaka zapadła po bitwie. Ból w klatce piersiowej.
- Co do cholery? - sierżant wrzeszczy, wskazuje punkt w zaroślach - Ognia!
Czarny dostrzega kształt, sylwetkę, chce unieść broń do policzka. Nie może. Ze zdziwieniem patrzy na automat, tak niezwykle ciężki. Poczuł jak coś ciepłego spływa mu po brzuchu. I nagle lodowata świadomość. Oberwałem - stwierdza w myślach. Zakrztusił się a czerwona ślina zwisła mu z brody. Pada na kolana.
- Wstrzymać ogień! - Szpadel krzyczy do podkomendnych swoim typowym tonem, wpatrując się w oddalony cel - tam już nikogo niema... kogośmy przegapili... - urywa w pół słowa, spostrzega dowódcę na ziemi.
Bez słowa więcej rozpina kamizelkę taktyczną, ściąga kuloodporną, rozrywa koszule. Z rany powoli sączy się krew.
- Dwóch mi tu! - sierżant patrzy na coraz bardziej błędne oczy rannego przyciskając do dziury na piersi szybko wydobyty opatrunek - przenieść mi go na ciężarówkę i jazda!
- ... - Czarny spróbował coś powiedzieć ale wydmuchał tylko kilka krwawych baniek na usta.
- Nic nie mów, pocisk wytracił większość energii na kamizelce ale zdołał ją przebić, wszedł chyba bokiem, bo kawał mięsa ci zmielił, do tego strzaskane żebra - sierżant z wymuszonym uśmiechem podał swoim informatywnym tonem.
- Dzięki... od razu lepiej... - dalsze słowa zmieniły się w krwawy kaszel.
- Cicho mówiłem! - huknął Szpadel.
Zbędnie zresztą. Czarny słyszał go już jakby przez grubą poduszkę. Kolorowe plamki zaczęły przesłaniać świat. Zdążył jeszcze zarejestrować jak układają go na niewygodnej podłodze w ładowni samochodu. Ciemność. Odgłos szumiącej krwi w tętnicach. Gasnąca świadomość.

***
- Cholera! Za dużo krwi... nic nie widzę...
- Nie mogę zatamować, podaj mi jeszcze jeden zacisk.
- Przecież tutaj nie powinno tak się lać... ej... czy on... Cholera jest przytomny! Zwiększ dawkę tiopentalu... Cholera by to...
- Spokojnie kolego, spokojnych snów...
- Daj spokój i wracaj mi tu! Cholera co za sieczka! Zaciskaj... Cholera...
- ...spokojnie...
- ... a żeby to...
...


Kontynuować to?

_________________
"Jestem trupem, ale jeszcze żyjem."
Nie jestem już członkiem (kutasem) ROMBu. Teraz [cenzura] jako wolny strzelec.
Ogląda profil użytkownikaWyślij prywatną wiadomośćWyślij emailNumer Gadu Gadu
Archi
Dojrzały Headcrab



Dołączył: 29 Gru 2009
Skąd: Venice, CA



PostWysłany: Pon Mar 21, 2011 00:08 Odpowiedz z cytatemPowrót do góry

Całkiem miło się to czyta. Szczególnie końcówkę...
Aż mnie skręca, by dowiedzieć się co z Czarnym!
ZDECYDOWANIE KONTYNUUJ!! Uśmiechnięty

_________________
Julien-K Poland
Ogląda profil użytkownikaWyślij prywatną wiadomośćNumer Gadu Gadu
Antyobywatel
Headcrab wyjadacz



Dołączył: 29 Lut 2008
Skąd: Warszawa

Steam ID: Antyobywatel

PostWysłany: Pon Mar 21, 2011 16:55 Odpowiedz z cytatemPowrót do góry

Dziękuję :*

Kolejna część już się piecze, mam już stronkę czy dwie. Jednak uprzedzam, że nie opublikuje jej jeśli nie zdobędę 4 podpisów, że mam publikować.
Archi już jeden podpis dał. Uśmiechnięty

_________________
"Jestem trupem, ale jeszcze żyjem."
Nie jestem już członkiem (kutasem) ROMBu. Teraz [cenzura] jako wolny strzelec.
Ogląda profil użytkownikaWyślij prywatną wiadomośćWyślij emailNumer Gadu Gadu
Wyświetl posty z ostatnich:      
Napisz nowy tematOdpowiedz do tematu


 Skocz do:   



Zobacz następny temat
Zobacz poprzedni temat
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach


Forum działa na skrypcie phpBB © 2001-2007 phpBB Group :: Wszystkie czasy w strefie EET (Europa)