Strona główna  | FAQ  |  Szukaj  |  Użytkownicy  |  Grupy   |  Rejestracja  |  Profil  |  Zaloguj się, by sprawdzić wiadomości  |  Zaloguj

 Opowiadania :) Zobacz następny temat
Zobacz poprzedni temat
Napisz nowy tematOdpowiedz do tematu
Autor Wiadomość
Joz
Kopfkrabbe



Dołączył: 22 Lis 2008
Skąd: Casablanca

Steam ID: sc.com/id/joz

PostWysłany: Sro Kwi 27, 2011 21:05 Odpowiedz z cytatemPowrót do góry

Sion napisał:
Trochę to zbyt przewidywalne, że roboty się zbuntowały, ale chętnie poczytam jak przygotujesz tego więcej. (Fajny pomysł z tym HADESem, Twój własny?)
Akronimy ARES i HADES to mój własny pomysł Oczko. Postaram się umieścić więcej takich smaczków, a na razie jestem w trakcie pisania pierwszego rozdziału. Spodziewajcie się więcej jutro.

Co do przewidywalności. Sam fakt że się zbuntowały - i owszem, ale powody - mam nadzieję że już mniej Oczko
Ogląda profil użytkownikaWyślij prywatną wiadomość
flandrowa
Headcrab wyjadacz
Ostrzeżenia: 4


Dołączył: 03 Lip 2010



Xfire: OSZCZĘDZAM RAM
PostWysłany: Sro Kwi 27, 2011 21:12 Odpowiedz z cytatemPowrót do góry

dupa


Ostatnio zmieniony przez flandrowa dnia Pon Gru 03, 2012 20:25, w całości zmieniany 1 raz
Ogląda profil użytkownikaWyślij prywatną wiadomość
Joz
Kopfkrabbe



Dołączył: 22 Lis 2008
Skąd: Casablanca

Steam ID: sc.com/id/joz

PostWysłany: Sro Kwi 27, 2011 21:43 Odpowiedz z cytatemPowrót do góry

Jeżeli mi wytłumaczysz, dlaczego pierwszym punkcie na liście "Kraje do zaatakowania" jest Polska, to spoko Oczko

Plus, takie to trochę dziwne jest zrzucenie bomby atomowej przez Japonię, oraz fakt że USA nie przystępuje do ataku.
Oraz dlaczego Słowianom miałoby zależeć na zrzuceniu bomby jądrowej na tereny na których oni wciąż stacjonują.

Nie jest źle, jest potencjał.
Ogląda profil użytkownikaWyślij prywatną wiadomość
flandrowa
Headcrab wyjadacz
Ostrzeżenia: 4


Dołączył: 03 Lip 2010



Xfire: OSZCZĘDZAM RAM
PostWysłany: Czw Kwi 28, 2011 14:46 Odpowiedz z cytatemPowrót do góry

Joz napisał:
Jeżeli mi wytłumaczysz, dlaczego pierwszym punkcie na liście "Kraje do zaatakowania" jest Polska, to spoko Oczko

Plus, takie to trochę dziwne jest zrzucenie bomby atomowej przez Japonię, oraz fakt że USA nie przystępuje do ataku.
Oraz dlaczego Słowianom miałoby zależeć na zrzuceniu bomby jądrowej na tereny na których oni wciąż stacjonują.
http://online.freeware.info.pl/ogame.html
Nie jest źle, jest potencjał.


Polska jako pierwsza zaatakowała Koreę Płn.
USA w tym czasie jest zajęte niwelowaniem skutków wiadomo jakiego incydentu, a broń jądrowa była jedynym słusznym rozwiązaniem, aby pozbyć się z Europy 4. co do wieklości armii świata - świetnie wyszkolonej i posioadającej dość mocny sprzęt.
Ogląda profil użytkownikaWyślij prywatną wiadomość
Joz
Kopfkrabbe



Dołączył: 22 Lis 2008
Skąd: Casablanca

Steam ID: sc.com/id/joz

PostWysłany: Czw Kwi 28, 2011 16:41 Odpowiedz z cytatemPowrót do góry

SloZbon napisał:
Polska jako pierwsza zaatakowała Koreę Płn.

Image

Cytat:
a broń jądrowa była jedynym słusznym rozwiązaniem, aby pozbyć się z Europy 4. co do wieklości armii świata

yy... ok? Chociaż nie wydaje mi się aby w najbliższej przyszłości ktoś użył w celach defensywnych bomby jądrowej. Jeśli już, to w celach ofensywnych i to tylko kraje pokroju Iraku, Iranu, Afganistanu.
Ogląda profil użytkownikaWyślij prywatną wiadomość
flandrowa
Headcrab wyjadacz
Ostrzeżenia: 4


Dołączył: 03 Lip 2010



Xfire: OSZCZĘDZAM RAM
PostWysłany: Czw Kwi 28, 2011 17:17 Odpowiedz z cytatemPowrót do góry

Joz napisał:
SloZbon napisał:
Polska jako pierwsza zaatakowała Koreę Płn.

http://i.imgur.com/jtWnr.gif

Cytat:
a broń jądrowa była jedynym słusznym rozwiązaniem, aby pozbyć się z Europy 4. co do wieklości armii świata

yy... ok? Chociaż nie wydaje mi się aby w najbliższej przyszłości ktoś użył w celach defensywnych bomby jądrowej. Jeśli już, to w celach ofensywnych i to tylko kraje pokroju Iraku, Iranu, Afganistanu.


Wiem, że brzmi bezsensownie, ale zobaczysz dlaczego...
Ogląda profil użytkownikaWyślij prywatną wiadomość
Joz
Kopfkrabbe



Dołączył: 22 Lis 2008
Skąd: Casablanca

Steam ID: sc.com/id/joz

PostWysłany: Pią Kwi 29, 2011 23:45 Odpowiedz z cytatemPowrót do góry

Rozdział pierwszy, enjoy


Rozdział I: Sokół maltański

7 listopada 2074, godzina 5:23, Obóz „Gurges” w okolicach Mazowsza (lewe strona Wisły)

„Wpis #854

Wczoraj otrzymaliśmy kolejny raport z zachodu. Nasze oddziały z granic przy Loarze meldują, że od ostatniego meldunku wróg nie zaatakował. Określili to jako „nadzwyczajny spokój". Żadnych nowych rozkazów z góry.
Pogoda dobra, widoczność umiarkowana. 11°C; 998 hPa; zachmurzenie duże, zamglenie małe.
Plan na dziś: zwołanie dowództwa obozu „Gurges” celem obrania strategii ataku na Stanowisko #6, które jest oddalone od obozu o 21 km w kierunku wschodnim; cotygodniowy, poniedziałkowy przegląd uzbrojenia; spotkanie z dr Downeyem, w sprawie odnalezionych dokumentów; zadania poboczne.
A propos dokumentów – James potwierdza że są to historyczne dokumenty, prawdopodobnie z XIX, lub XX wieku. Pewnie będzie mu potrzebna pomoc w tłumaczeniu...”

Po ukończeniu wpisu do swojego dziennika, pułkownik Adam ‘Falkon’ Majewski, wstał od swojego stołu i otworzył szafę. Ubrał swoje glany, dopiął mundur i założył beret, aby udać się na codzienny półgodzinny obchód.
Miał 31 lat, urodził się na Śląsku w pobożnej rodzinie. Został żołnierzem tak jak jego ojciec. Podczas swoich 24 urodzin, pojawił się u niego tajemniczy gość, który przedstawił się jako gen. Jan Nowak. Zaproponował mu dołączenie do elitarnej jednostki specjalnej, działającej na terenie całego świata, o której Adam nigdy nie słyszał. Po rozmowie ze swoim obecnym dowódcą, który opowiedział mu legendę która krążyła wokół ARESa, bez wahania skontaktował się z generałem. Wtedy jako skromny sierżant, dołączył do „wschodniego” oddziału. Po kilku latach wybuchła Wojna Ostateczna, podczas której zginęło mnóstwo jego zwierzchników, dlatego też został polskim dowódcą i koordynatorem ARESa, wchodzącym w skład Rady Ośmiu (osiem najważniejszych osób, które decydowały o losach ARESa). Został także dowódcą obozu „Gurges”, największego skupiska żołnierzy wzdłuż wschodniej granicy. A w przypadku wygrania wojny i powrotu do normalności – byłby jedną z najważniejszych osób w kraju.
Mimo młodego wieku słynął z bezwzględnej surowości i perfekcyjności, ale też spokoju i opanowania. Nigdy nie reagował na jakiekolwiek obelgi kierowane w jego stronę. Na froncie był wulkanem energii, krzyczącym i żelaznym dowódcą, ale w zaciszu obozu, swojego pokoju był na ogół cichy i skryty.
Z wyglądu był przeciętny. Męskie rysy twarzy, okraszone kilkoma bliznami na twarzy. Miał także niedużą bródkę, oraz długie włosy, jak na żołnierza. Po zostaniu majorem, wiecznie chodził w berecie. Z tego powodu, często porównywano go do Ernesto ‘Che’ Guevary. Na piersiach nosił krzyżyk, a na serdecznym palcu prawej ręki – różaniec, którego często nie było widać z powodu rękawic. Swój przydomek – Falkon (spolszczona wersja słowa ‘falcon’), otrzymał podczas swojego pierwszego treningu w ARESie. Nigdy jednak nie chciał się przyznać w jakich okolicznościach nabył ów przydomek.
Na swoje 30 urodziny, otrzymał od swoich żołnierzy najpiękniejszy prezent jaki tylko mógł sobie wymarzyć. Podczas ucieczki z Mińska udało im się uratować z ogrodu zoologicznego pięknego i młodego sokoła. Adam nazwał go Torwid, na cześć gen. Tokarzewskiego. Sokół często siadał mu na ręce, lub ramieniu. W nocy, wypuszczał go na łowy i jak to mówił swoim towarzyszom „na zwiady”.
Pogłaskał Torwida, który był zamknięty w dużej klatce, i wyszedł na obchód.

Obóz ‘Gurgan’ znajdował się w specjalnie przygotowanych podziemiach pałacyku na Mazowszu. Trójkondygnacyjny, klasycystyczny budynek, które zapewne w czasach świetności miasta nie wyróżniał się niczym szczególnym. Po wejściu do środka głównymi drzwiami, zobaczyć można było wielki hol, z ogromnymi schodami na wprost. To właśnie w tym miejscu, przed bitwą przemawiał pułkownik Majewski. Na piętrach nie znajdowało się praktycznie nic. W okolicach balkonów jedynie porozstawiane były zestawy pierwszej pomocy, gdyż same balkony służyły jako doskonałe stanowiska obserwatorskie i snajperskie.
Podziemia, to olbrzmi kompleks, w którym od ponad roku żyło ok. 1 500 osób. Najgłębiej, bo niecały kilometr od powierzchni znajdował się arsenał rakiet dalekiego zasięgu i dużych bomb. Za to najbliżej powierzchni były wszelkie karabiny i materiały wybuchowe, które mogły zostać użyte w bezpośredniej walce. Pod tym znajdowała się kuchnia, oraz jadalnia w której żołnierze spożywali posiłki. Nad ciężkim arsenałem znajdowały się z kolei pokoje codziennego użytku, w których można było poćwiczyć, porozmawiać lub się zrelaksować. Dokładnie na samym środku, otoczone z góry i dołu kwaterami mieszkalnymi, znajdowało się duże okrągłe pomieszczenie, nazywane z łacińskiego Cor – co znaczy serce. Tam podejmowane były wszelkie ważne decyzje. Ściany były pokryte ekranami, a pod ścianami – stanowiska kontrolne. W centrum umieszczony został owalny stół, przy którym siadali właśnie najważniejsi i obradowali.

O godzinie 5:59 płk Majewski wszedł do Coru*. Pozostali już tam byli. Podał wszystkim rękę i zasiadł przy stole.
- Panowie. – zaczął – Nie będę owijał w bawełnę. Wiemy po co tu przyszliśmy. W tej chwili znajdujemy się w ciężkiej sytuacji, dlatego sądzę że najlepszy czas aby zaatakować Stanowisko nr. 6, to dokładnie siedem dni, poczynając od dzisiejszego...
Słowa te wywołały ogromną burzę. Siedzący wokół zaczęli się przekrzykiwać, nie zwracając uwagi na dalszą część zdania. Adam tylko przewrócił oczami. Tylko jedna osoba z krańca stołu wstała i krzyknęła „Cisza!”, na co wszyscy umilkli. Płk Majewski wskazał ręką na osobę która siedziała po jego prawej stronie – był to 24-letni kpt. Arkadiusz „Bielik” Weiss, najlepszy przyjaciel Falkona z „Europejskich Sił”, jego adiutant i zastępca dowódcy obozu.
- Myślę, że lepiej przygotowani nie będziemy – powiedział – Jesteśmy dość dobrze gotowi na wszelkie okoliczności, a te kilka dni to wystarczająco dużo czasu abyśmy przygotowali i zaznajomili ich z dokładną strategią.
- Ale, ale co z arsenałem? Co z pozostałymi rzeczami? May, to nierealne. Trzeba zrobić przegląd generalny broni i tego co mamy. – przerwał ppor. Giuseppe Rossi, zajmujący się uzbrojeniem
- Gus, po spotkaniu i tak mieliśmy robić przegląd. Od razu przyszykujemy wszystko – odpowiedział Adam – Kruk?
Kruk, albo też Louis Ater, polsko-angielski pułkownik w ARESie, dokładnie ta sama osoba, która na początku uciszała wszystkich. Był rok młodszy od Falkona. Jego kruczoczarne włosy wyróżniały go z tłumu. Mianowano go dowódcą oddziału szpiegowskiego, który pracował nocą i infiltrował tereny Hadesu. Odparł krótko:
- Nie będą się tego spodziewali. Zniszczenie tego gówna zdecydowanie da nam przewagę.
- Dobrze. Danielu? – słowa te skierował do zdecydowanie najstarszego i najbardziej doświadczonego człowieka w tym pomieszczeniu, brygadiera w stanie spoczynku, stratega generalnego, norwega Daniela Kaplana:
- Cóż... to jest wykonalne. Owszem, to nie będzie kaszka z mleczkiem, ale to jest wykonalne. Chociaż, jak znam życie ty znowu będziesz siedział nad tym kilka dni, poprawiając wszystko – powiedział, uśmiechając się do Adama
- Co będę robił, to moja sprawa. Zresztą, jak na razie to te zmiany wyszły nam na dobre. Ok. Kacper? Cały czas milczysz, co o tym wszystkim sądzisz?
Młody chłopak nie odzywał się dotychczas. Był mniej więcej w tym samym wieku co Bielik. Młodszy kpt. pil. Jakub „Kostek” Goldberg, dowódca sił powietrznych tego obozu. Powiedział powoli, jakby ważąc każde słowo, bardzo cicho:
- Z tego co się orientuję... teren jest otwarty... dobry do lądowania...Wydaje mi się, że w razie potrzeby można w miarę szybko się ewakuować, a potem ich zgubić. Sprzęt jest przygotowany. Jak dla mnie, to możemy ruszać nawet jutro.
- Dobrze. To chyba wszystko. Ktoś ma jeszcze coś do dodania?
- Ja. Dalej nie mamy żadnych wieści od Szwajcarii, nie? - zapytał porucznik napakowany francuz Jean Serwil, na co rozległo się ciche „właśnie” z kilku miejsc.
- Panowie, proszę. Zachowajcie spokój. Wydawało mi się że to zrozumiałe dla was, że nie jesteśmy dla nich priorytetem. O wiele bardziej napięta sytuacja jest w Danii. Nie wiadomo, czy uda im się odeprzeć atak. Ale, gdy tylko dostanę jakiekolwiek wiadomości, powiadomię was najszybciej jak to tylko będzie możliwe. Możecie się rozejść, albo zostać tutaj i pomóc Danielowi w opracowaniu podstaw. Gus, idziemy...
Po odejściu od stołu, Adam nie zdążył nawet dojść do drzwi, gdy Kruk zaciągnął go na dużą odległość od reszty.
- Słuchaj. Nie chciałem tego mówić przy wszystkich, bo, wolałem to załatwić w cztery oczy. To wciąż nie jest potwierdzone... ale... mamy dość realne szanse... na zdobycie fragmentu Kodu – powiedział Kruk, na co Falkonowi otworzyły się oczy ze zdumienia
- Na... na ten Kod? Na prawdziwy Kod Źródłowy Projektu Hades? Na coś, co pozwoliłoby nam raz na zawsze skończyć ten cały bajzel?
- Fragment. Nie napalaj się. W dużej mierze to zależy od powodzenia naszej najbliższej misji.
- O jak dużym fragmencie mówimy?
- Stosunkowo niewielkim. Myślę, że gdzieś w okolicach 40%...
- Czterdzieści procent?! – niemalże krzyknął Adam, zaraz po chwili wracając do ściszonego głosu. – Rozumiesz co to oznacza? Jeśli mielibyśmy dość szczęścia... i... i... trafilibyśmy z czasem, moglibyśmy to wszystko przerwać.
- Powtarzam. Nie napalaj się. Posłuchaj mnie dokładnie. Załatwimy to tak: Gdy dostaniemy się do środka z góry, aby podłożyć ładunki wybuchowe, będziesz musiał na chwilę zboczyć z trasy. Dokładnie do rdzenia zasilającego, jest on niedaleko wyjścia. Na włamanie się do głównego komputera nie mamy najmniejszych szans, ale z tym można spróbować.Samo dostanie się tam, może stanowić większy problem. W pobliżu rdzenia jest dość duża temperatura, nie mówiąc o rozrzedzonym powietrzu, więc możesz mieć kłopoty z oddychaniem. Potem podam ci szczegóły tego co masz wykraść. Potem niezwłocznie zniszczysz ten komputer i uciekasz. Verstehen?
- Verstehen, verstehen. Tylko tym razem, jak mówię że masz mnie osłaniać, to masz to kuźwa zrobić, a nie tak jak ostatnim razem
Kruk zarechotał.
- O mało ci dupska nie odstrzelili – powiedział poklepując go po ramieniu
- Zamknij się.


* - Z racji tego, że ARES jest międzynarodowy, językiem używanym na co dzień w rozmowach jest język angielski. Dla wygody mojej i czytelnika wszystko zapisane jest w języku polskim, oprócz nazw (nazwy Kruk, Bielik, Falkon etc. to nazwy po polsku, nadane polakom przez polaków), dlatego może to w niektórych przypadkach przemić dziwnie (np. „w Corze”). W przypadkach bardziej oficjalnych, żołnierze zwracali się do Falkona per „colonel May”, lub samo „May”. Dlatego, że wymówienie „Majewski” było trudniejsze.


---------------------------------------

Zamierzam jeszcze wpleść jakieś notki z dzienników, które będą objaśniać wydarzenia ze świata. Oczko

crableaks.awsome.pl
Ogląda profil użytkownikaWyślij prywatną wiadomość
BreenWallace
Młody Headcrab



Dołączył: 27 Mar 2008
Skąd: Kielce



PostWysłany: Wto Cze 14, 2011 15:06 Odpowiedz z cytatemPowrót do góry

Drugi front: Coś się kończy, coś zaczyna.

*

-Przegrałem. Wszyscy przegraliśmy.- Adrian nawet nie starał się oderwać wzroku od posadzki spowitej mlecznym światłem. Ambiwalencja, która toczyła batalię w jego sercu, jednocześnie pozbawiała go wszelkich złudzeń. Nienawidził Mężczyzny W Garniturze. Nienawidził, aczkolwiek z drugiej strony niezwykle potrzebował. Wszyscy go potrzebowali. Sytuacja, w której znajdował się Adrian była beznadziejna. Hordy głodnych troglodytów, kilka magazynków i życie przyjaciela, które niknęło, niczym popołudniowe słońce na nieboskłonie- to wszystko zaogniało marazm, który bez reszty pochłonął trzeźwo do tej pory myślących ludzi.
Żyjesz nie dzięki mnie, ale dzięki okolicznościom, które jeszcze nie pozbawiły cię egzystencji.- rzucił beznamiętnie Mężczyzna W Garniturze. Po chwili dodał:
- Ja tylko potrafię zatrzymać czas. Mogę udzielić ci kilku wskazówek, ale tego co ma być, nie zmienię. To ty jesteś panem swojego losu Adrianie. Ty i twoi towarzysze, których musisz pokierować.- Shephard ani drgnął. Słuchał w milczeniu słów, które beznamiętnie padały z ust nieznajomego. Mężczyzna poprawił krawat i lekko uśmiechając się kontynuował:
- Posłuchaj mnie teraz uważnie. Posłuchaj, bo od tego zależy powodzenie twojej misji…- Adrian podniósł wzrok…

- Ku*rwa mać!!! Te piep*rzone ścierwa zaraz sforsują drzwi!!!- Rodriguez nie mylił się. Każde uderzenie, które z metalicznym zgrzytem obijało się o blachę, tworzyło pokaźne wybrzuszenie na jej powierzchni. Marco strząsnął pot z czoła i sięgnął do kieszeni wojskowej kurtki:
- Ostatni magazynek. To już ku*rwa koniec. Już po nas…- Cornelius nadal uciskał ranę Christiaana, który stracił przytomność. Justine cichutko łkała w kącie natomiast Svietlana cały czas doglądała nieprzytomnej Juliette. Adrian miał plan. Wstał i rzuciwszy okiem na dogorywającego Kooistrę, pełen żalu westchnął. Po chwili rzekł:
- Cor, ile mu zostało?- Vaart, blady, niczym ściana rzekł:
- Jakieś pół godziny, stracił już prawie dwa litry. Przykro mi to mówić, ale… Chyba go stracimy…- Kolejne mocne uderzenie zatrzęsło drzwiami. Adrian wstał. Popatrzył na Juliette. Była blada. Dotknął jej twarzy. Zimno jej ciała przeszyło Adriana na wylot. Kapral spuścił wzrok i westchnął. Sprawdził tętno:
- Nie żyje.- odparł krótko, po czym kontynuował:
- Cor, jeśli utrzymasz go przy życiu, to będę twoim dłużnikiem.- Cornelius powoli dochodził do siebie. Transfuzję krwi należałoby rozpocząć za chwilę. Marco po raz kolejny dał upust emocjom:
- Zaraz się wedrą, Adrianie wymyśl coś!!!- Shephard podbiegł do ściany, której element tworzyła cegła zasilająca niegdyś potężne mury kompleksu Black Mesa. Shephard poślinił palec i przyłożył opuszek do szczeliny, która dosyć wyraźnie odcinała się ciemną smugą od matowej ściany:
-Tak! To jest to!- krzyknął w euforii.- Wszyscy oprócz Cora podbiegli w stronę Adriana:
- To była wskazówka! Musimy skruszyć fragment ściany przy cegle! Tam jest szyb!- W tym momencie nastąpiło potężne uderzenie w metalowe drzwi. Zawiasy przeraźliwie drgnęły. Marco z furią dopadł do wejścia i z całych sił napierał na nie. Pomógł mu Adrian. Cor dalej uciskał ranę Kooistry, który walczył z całych sił. Justine doszła już do siebie, po czym kreśląc znak krzyża nad jej czołem, przykryła zwłoki kocem. Svietlana przytulała ją w obliczu śmierci. Adrian krzyknął napierając na drzwi:
- Posłuchajcie mnie wszyscy! Ustawcie łóżko tak, żeby było jak najbliżej ściany, pod kątem, który pozwoli wam uniknąć obrażeń…
- Jakich…?- zaczął Cor.- Szybkooooo!!!- Svietlana i Justine podniosły wolne łóżko i ustawiły je według poleceń Adriana. Ten rzucił:
- Wszyscy za łóżko, Cor, przenieś delikatnie Christiaana, dziewczyny, pomóżcie mu.- Gdy każdy już znajdował się za strefą bezpieczeństwa Adrian spojrzał na Marco, a tamten skinął. Szybko odstąpił i schował się pod drugie łóżko, na którym spoczywała martwa Juliette. Adrian tymczasem odbezpieczył granat i delikatnie, ale niezwykle szybko ułożył go przed szczeliną. Błyskawicznie wcisnął się pod łóżko i modląc się w duszy, żeby plan zadziałał, czekał na efekt. Drzwi przeraźliwie zadrżały. Granat wybuchł. Pył i gruz zasypały pokój w podziemiach Rotterdamu…

**
- Powodzenia, Bałwanku! Niech Bóg będzie z tobą!- Doyle założył kask, gogle i machając Ianowi wsiadł do śmigłowca. Wewnątrz było niezwykle cicho. Oprócz Doyla znajdowało się tam dziewięcioro ludzi, nie mógł rozpoznać płci, gdyż wszyscy posiadali zamaskowane twarze. Tylko przełożony, który sprawował nad nimi pieczę stał dumnie z odkrytą twarzą. Rzekł:
- Witam was wszystkich. Każdy wie, po co tu jest, każdy zna swoje zadanie. Jestem pułkownik Martin Friedrich…- Śmigłowiec uniósł się w górę i opuścił strefę bezpieczeństwa kierując się czarnym, jak smoła niebem w stronę osłabionej Strefy…


Thanatos stał w centrum dowodzenia i patrzył na ogromne telebimy. Crowe wszedł w tym czasie do pomieszczenia. Monitory wyłączyły się. Podwładny Imperatora zdołał uchwycić tylko rysy postaci, a w zasadzie… przerośniętej larwy, w kierunku której Thanatos miał zwróconą głowę. Crowe nie śmiał pytać, co to było, prawdę mówiąc nie interesowało go to nawet. Wszedł, zasalutował i rzekł tylko:
- Wielki Imperatorze. Wojska ruchu oporu zostały zepchnięte w stronę Rotterdamu. Armia Południe otoczyła ich ciasnym pierścieniem. Wysłać wsparcie?- Thanatos popatrzył na Crowe’a i rzekł:
- Tak. Aha… Jeszcze jedno. Zabierz Cykadę i resztę. Zmiana planu. Coś czuję, że tam jest Shephard i… Że nie jest sam…

Nikt nie czyta, nikt nie komentuje? Dla zainteresowanych: kończę już kolejny rozdział, także miłej lektury Uśmiechnięty

_________________
"Kto cię z wody wyciągnie za dupę, temu będziesz pilnować chałupę..."
Ogląda profil użytkownikaWyślij prywatną wiadomość
BreenWallace
Młody Headcrab



Dołączył: 27 Mar 2008
Skąd: Kielce



PostWysłany: Sro Lip 06, 2011 02:01 Odpowiedz z cytatemPowrót do góry

Drugi front: Maj 98’ cz.3

*

Adrian działał w amoku. Z racji tego, że szyb wentylacyjny był pokaźnych rozmiarów, mógł w dosyć wygodnej pozycji posuwać się ku wlotowi powietrza. Justine i Svietlana szły z przodu, energicznie posuwając się w stronę niewielkiego światła padającego na mroczny korytarz. Shephard z wolna ciągnął nieprzytomnego Kooistrę, natomiast Cornelius zwłoki Juliette. Marco z ostatnim magazynkiem ubezpieczał tyły. Wybuch był na tyle silny, iż skruszył ścianę. Czas wybitnie ich gonił, a zamykający pochód Rodriguez nieustannie wpatrywał się w oddalającą się wyrwę w murze. Potwory jeszcze nie sforsowały drzwi, ale była to już kwestia kilkudziesięciu sekund. Adrian zamknął oczy i delikatnie, aczkolwiek energicznie, dzierżąc w dłoniach nogi przyjaciela parł naprzód. W tym momencie pogrążył się w smutnych wspomnieniach. Czas w jego głowie cofnął się do pamiętnego roku 1998…

**

Sieć wentylacyjna kompleksu Black Mesa była niezwykle gęsta i rozbudowana. Ten nieokiełznany labirynt korytarzy najprawdopodobniej błyszczał tylko i wyłącznie przy samym tworzeniu. Obecnie było to wyłącznie siedlisko bakterii i roztocza. Dodatkowo ciemne, jak diabli. Kapral Adrian Shephard nie tylko nie był pocieszony, kiedy wsuwał się do wylotu kanału, ale też zbierało mu się na kichanie, co potęgował swędzący coraz bardziej nos żołnierza. Komandosi nie mieli wyjścia, musieli zaufać dwóm strażnikom, których zostawili w tyle pchając się w mroczne trzewia wentylacji. Gdy Adrian wszedł dostatecznie głęboko, jego kompani wykonali to samo. Najpierw Shawn Bradley, z kolei największy z nich, John LaMonte. Gdy już wszyscy trzej znaleźli się w wąskim przesmyku Adrian nałożył na oczy noktowizor. Przez zieloną powłokę ujrzał długi, kilkunastometrowy korytarz prowadzący wprost do małej, żelaznej drabinki rysującej się w oddali:
- Na razie czysto chłopaki. Poruszamy się na czworaka, jeden za drugim, równym tempem. Nikt ma nie odstawać. Zrozumiano?- Bradley i Wielki John potwierdzili. Shephard odruchowo sprawdził czy jego Colt jest na swoim miejscu, po czym powoli zaczął posuwać się do przodu. Pojedyncze odnogi kanału wentylacyjnego sprawdzał skrupulatnie. Starał się wychwycić ewentualny ruch materii, choć takowego nie było. W wentylacji panowała niezwykła duchota. Wielkie krople potu perliły się na twarzach zmęczonych żołnierzy. Adrian odczuwał ogromny niepokój. Był głodny, spocony i słaby. Dodatkowo odezwało się pulsowanie w lewej ręce, tej, do której kilka godzin temu podawano mu bolus. Bradley i LaMonte wzdychali głośno. Ciężkie, wojskowe kombinezony dawały się we znaki młodym żołnierzom. Adrian dopiero teraz zaczął uświadamiać sobie, że to wszystko dzieje się naprawdę. Kilka godzin temu śmiał się i żartował w wojskowym Osprey’u, teraz o żartach nawet nie myślał. Bał się potwornie, zresztą podobnie, jak jego koledzy. Zrozumiał, że coś jest nie tak, kiedy jego śmigłowiec dostał. Później było już tylko coraz gorzej. Martwi koledzy, kreatury wyjęte żywcem z filmów Georga Lucasa i niemożność zrozumienia tego, co się tutaj wyprawia. Po kilkudziesięciu długich sekundach Shephard dotarł do drabinki. Ostrożnie wychylił głowę w kierunku góry kondygnacji. LaMonte tymczasem odwrócił się prędko i pilnował tyłów kompanii. Kapral rzekł półgłosem:
- Szyb prowadzi jakieś dziesięć metrów w górę. Dalej jest zapewne kolejny kanał. John, dopóki ja i Shawn nie wejdziemy na górę, dopóty ty nie opuszczasz stanowiska. Jasne?
- Tak jest.- odparł LaMonte, po czym Adrian zaczął powoli wspinać się ku górze. Stopnie drabinki skrzypiały potwornie, rdza z okropnym odgłosem spadała na metalową powierzchnię tunelu. Adrian skrzywił usta w grymasie bólu i pokonywał konsekwentnie kolejne szczebelki. Był tuż przy kanale, gdy nagle usłyszał dziwny dźwięk. Schylił głowę odruchowo i zatrzymał się. To był znak dla Shawna. Czarnoskóry komandos wiedział, że coś jest nie tak, toteż nie odezwał się słowem. Odwrócił głowę w stronę rezydującego na dole LaMonte i pokazał palcem, by był cicho. Adrian tymczasem lekko wystawił głowę w kierunku kanału. Było pusto. Zbyt pusto. Kanał był pokaźny, miał jakieś trzydzieści metrów długości. Oprócz dziwnego dźwięku, jakby burczenia w żołądku (chociaż w jego mniemaniu było to na pewno coś zupełnie innego, jednak łudząco podobnego) młodego kaprala zaniepokoiła także dziwna plama która ciągnęła się od drabinki i kilka metrów dalej skręcała wąską smugą w jeden z odchodzących szybów. Adrian jeszcze raz sprawdził teren po czym skierował wzrok na długą smugę. Przełknął ślinę. Była to zakrzepnięta krew. O mało co nie spadł z drabinki. Wyjął Colta z kabury i błyskawicznie przeładował go. Dźwięk ten słyszeli jego towarzysze. Shawn zrobił to samo. John wcześniej miał już dłoń w pogotowiu. Podoficer podpierając się jedną ręką, a mierząc drugą powoli przemieszczał się w stronę smugi. Shawn podążał krok w krok za Adrianem. LaMonte nadal tkwił w pogotowiu. Adrian dotarł do zakrętu. Shawn tymczasem ubezpieczał młodego kaprala kierując broń naprzeciwko siebie. Shephard zebrał powietrze do płuc i wychylił się w stronę wylotu:
- o kur*wa.- odparł i opuścił broń. Przed jego wzrokiem, kilka metrów dalej widniała sylwetka człowieka, a raczej, to, co z niej zostało. Przepołowione ciało w białym trykocie tkwiło w bezruchu. Horror całej sytuacji potęgował fakt, iż nie posiadało ono głowy. Jakieś dwa metry za zwłokami coś się poruszyło. Adrian, choć wymagało to skupienia i precyzji w wąskim korytarzu, przykucnął i skierował broń w stronę ruchu. Małe, krabopodobne stworzenie uniosło odnóża do góry w geście ataku. Żołnierz nie pozwolił mu jednak zareagować. Oddał dwa precyzyjne strzały. W wentylacji zawrzało. Zwierzę z piskiem odskoczyło kilkanaście centymetrów do tyłu:
- Co tam się do cholery dzieje? Adrian, Shawn! Wszystko w porządku?- krzyczał LaMonte. Shephard odetchnął. Dalej teren był zupełnie pusty, w dodatku kończył się kratą. Nie to jednak było ich celem. Mieli wspinać się wyżej. W kierunku najbliższej windy. Sektor administracyjny zgodnie z planem kończył się piętro wyżej. Tworzyły go laboratoria. Tam też właśnie podążali komandosi H.E.C.U. Adrian rzekł:
- W porządku! To tylko ten mały sukinsyn, którego wcześniej odstrzelił John. Shawn, teren czysty?
- Jak dziewica!- rzekł, po czym Adrian cofnął się i zaczął podążać w stronę kolejnej drabinki. LaMonte błyskawicznie dołączył do kolegów. Adrian sprawdził pozostałe odnogi systemu, a kiedy okazało się, iż są czyste zaczął wspinać się na kolejne piętro. Żołnierze postępowali takim samy systemem, jak kilka minut wcześniej. Adrian badał teren, Bradley ubezpieczał go, natomiast LaMonte pilnował tyłków całej trójki. Shephard powoli dotarł na ostatni szczebel. Skraw dawał mu się we znaki. Spocone dłonie kleiły się do czarnych rękawiczek, a pot spływał po koniuszkach palców. Kolejny szyb był nieco krótszy. Na szczęście dla żołnierzy nie było już innych korytarzy. Adrian spojrzał w górę. Potężny wiatrak położony klika metrów nad nim filtrował powietrze potęgując przyjemny dla ciała powiew. Adrian zdjął noktowizor, przetarł oczy, po czym założył go ponownie. Szyb był pusty. Krata wentylacyjna przepuszczała przez szczeliny promienie światła. Kapral rzekł:
- Panowie, jest wyjście. Za chwilę ulży waszym spoconym tyłkom.- Podopieczni kaprala uśmiechnęli się pod nosem. Adrian potwornie zmęczony przeczołgał się do wylotu. Coś przykuło jego uwagę. Z pomieszczenia, do którego biegł kanał wentylacyjny dobiegały odgłosy rozmowy. Nie rozumiał zbyt wiele natomiast był prawie pewien, że konwersacja była dosyć brawurowa. Adrian podszedł nieco bliżej, tak, że mógł wzrokiem kontrolować sytuację w pomieszczeniu. Ku jego pozytywnemu zaskoczeniu, znajdowało się tam sześć osób, w tym trzech żołnierzy. Od razu ich poznał. Pierwszym z nich, który rzucił mu się w oczy był młody żołnierz dumnej postury. Nosił czarne, jak smoła wąsy, starannie przystrzyżone, prostokątne i ścięte tuż obok linii brody. Mężczyzna miał około dwudziestu pięciu lat.-Marco!- krzyczał w myślach uradowany kapral. Obok niego stał niziutki i szczupły żołnierz w okularach z kwadratowymi oprawkami. Na kasku miał białą opaskę z czerwonym krzyżem. Trzecim z żołnierzy był młody chłopak ze szczupłą, długą twarzą i jasnoniebieskimi oczami. Był bez kasku, toteż Adrian bez problemu dostrzegł jego blond, krótko przystrzyżone włosy. Poznał ich wszystkich. Uradowany zawołał:
- Panowie, tam są nasi! Hej, Marco, tutaj!- Rodriguez momentalnie podniósł karabin w kierunku kraty. Jego kompani uczynili to samo.
- Kto tam jest?! Odpowiadaj!- ryknął Hiszpan. Shaw i LaMonte zapomnieli o wzajemnym ubezpieczaniu i dopadli do Adriana. Ten krzyknął:
- To ja! Adrian Shephard! Nie strzelajcie! Chcemy wyjść!- Rodriguez spuścił karabin w dół, ale do ostatniego momentu, nieufnie obserwował szyb. Adrian wyłączył noktowizor, ponieważ coraz mocniejsze już światło zniekształciło mu obraz. Kiedy wystawił głowę Rodriguez krzyknął z radości:
- O kur*wa!!! Gnojku, to naprawdę ty! Jesteś sam?- Adrian z szerokim uśmiechem odparł:
- Nie! Z tyłu są Shawn i John!- w tym momencie Marco podszedł do ściany i zaczął pomagać Adrianowi wydostać się z wentylacji. Błyskawicznie pomógł też Shawnowi i Johnowi. Kiedy już cała szóstka żołnierzy, po radosnym przywitaniu, Adrian rozpoczął rozmowę:
- Cholera, myśleliśmy, że już po was. Kiedy się ocknąłem, byli ze mną tylko Bradley i LaMonte.
- Stary, daj spokój. Sytuacja się skomplikowała.- kontynuował medyk w okularach, kapral Kevin Johnson.
- Dokładnie.- zabrał głos krótko ostrzyżony blondyn, Czech, szeregowy Vaclav Radzinsky. Marco sposępniał. Rzekł:
- Sierżanta wcięło. Zaczął się dziwnie zachowywać, nie wiem jak to nzwać… Hmmm… Klaustrofobicznie? Pocił się, nerwowo przechadzał w kółko, kazał nam czekać tutaj. Powiedział, że ruszy do sekcji ochrony i sprowadzi pomoc. To był rozkaz. Nie mieliśmy nic do powiedzenia. Wyszedł jakieś czterdzieści minut temu. Ślad po nim zaginął…
- Jeżeli mogę coś powiedzieć…- zaczął łysiejący, choć około trzydziestoletni, naukowiec w okularach.- Jestem doktor Isaac Kleiner i pracuje tu od pięciu lat. Znam Black Mesa, jak własną kieszeń, panowie. Sytuacja wygląda naprawdę nieciekawie. Jesteśmy kompletnie odcięci od świata zewnętrznego. Nad nami znajduje się jeszcze sektor B. Są tam opuszczone w dużej mierze laboratoria. System elektroniczny jest tam wadliwy… hmmm… Nie sądzę, żeby wasz przełożony trafił do punktu wyjścia. Tłumaczyłem, że jest to niebezpieczne, ale…
- Nie chciał słuchać?- zapytał Adrian. Kleiner skinął głową.
- Staremu kompletnie odbiło.- kontynuował Radzinsky, ze śmiesznym akcentem.- Myślę, że nie wytrzymał presji.
- Ech… Wszystko jest do dupy.- Kleiner wtrącił:
- Za pozwoleniem panów, mogę coś ustalić z kolegami? Sądzę, że mamy pewną szansę wydostać się stąd.- Rodriguez ruchem ręki pokazał, żeby ten udał się z naukowcami na rozmowę. Gdy odeszli Adrian zapytał:
- Jak się tu znaleźliście? Kim oni są i przede wszystkim, co robimy dalej?- Rodriguez zdjął zieloną chustę z głowy, przejechał po niej dłonią i odparł:
- Kilkanaście metrów w lewo od pomieszczenia szpitalnego, w którym się znajdowaliście była klatka schodowa. Sądziliśmy, że winda nie działa, elektryka dostawała pier*dolca. Poszliśmy klatką dwa piętra w górę. Było naprawdę spokojnie. Na nic szczególnego nie trafiliśmy. Kilku martwych ludzi nawinęło nam się po drodze. Smród był naprawdę okropny. Dotarliśmy tutaj. Tych trzech jajogłowych zabarykadowało się w tym pomieszczeniu, wpuścili nas, dopiero, kiedy zagroziliśmy im siłą. Oni tak samo, jak my są tu uwięzieni. Razem doszliśmy do konsensusu. Postanowiliśmy współpracować. Szczerze mówiąc, trochę się nachodziliśmy po tym pieprzonym kompleksie. Daj spokój. Nogi włażą mi do tyłka…
- To tak, jak nam. My mieliśmy trochę więcej przygód. Opowiem ci potem, jak już ustalimy konkrety, co do planu działania.
- Ja muszę się przespać.- rzekł Bradley osunąwszy na podłogę laboratoryjnego pomieszczenia.- A ja bym coś zjadł, do ku*rwy nędzy.- rzekł z przekąsem Duży John masując się po brzuchu. W tym czasie podeszli do nich naukowcy. Najbardziej gadatliwy z nich, czyli Kleiner, rzekł:
- Mamy mały plan działania. Musicie nam jednak w tym pomóc, panowie.- Adrian z zaciekawieniem spojrzał na naukowca. Ten kontynuował swój monolog:
- W tej części kompleksu wszelkie ważniejsze śluzy są pod ścisłą kuratelą personelu. Innymi słowy, strażnicy i my, ludzie nauki, mamy wyłączny dostęp do ich otwarcia. Czujniki, powodujące otwieranie bądź zamykanie śluz, reagują na źrenice zarejestrowanych przez system pracowników. My mamy w sobie ten magiczny klucz. Jednak pomożemy wam, jeśli wy pomożecie nam…
- To znaczy?- zapytał Adrian. Kleiner nerwowo poprawił okulary i rzekł:
- Przetransportujecie nas bezpiecznie na powierzchnię. Tam, o ile zdołamy się przedrzeć, nasza współpraca się zakończy.
- Przedrzeć? Ale przez co?- zapytał z nerwowością w głosie kapral Kevin Johnson. Naukowiec popatrzył po twarzach podenerwowanych żołnierzy i rzekł:
- W korytarzach Black Mesa drzemie coś silniejszego i straszniejszego, niż system obrony czy małe pasożyty. Zresztą… Niedługo się przekonacie…


…Adrian! Spójrz!- zawołała zdziwiona Justine. Shephard ocknął się z letargu. Stali przy wyjściu na powierzchnię. Mieli pod sobą rozległy obóz rebeliantów. Wojna przeszła w dalszą fazę. Za kilka godzin miała rozgorzeć wielka bitwa o Holandię…

_________________
"Kto cię z wody wyciągnie za dupę, temu będziesz pilnować chałupę..."
Ogląda profil użytkownikaWyślij prywatną wiadomość
BreenWallace
Młody Headcrab



Dołączył: 27 Mar 2008
Skąd: Kielce



PostWysłany: Sob Lip 23, 2011 00:23 Odpowiedz z cytatemPowrót do góry

Anty, Arto, Konrad, tęsknię za Wami :<

_________________
"Kto cię z wody wyciągnie za dupę, temu będziesz pilnować chałupę..."
Ogląda profil użytkownikaWyślij prywatną wiadomość
BreenWallace
Młody Headcrab



Dołączył: 27 Mar 2008
Skąd: Kielce



PostWysłany: Sob Gru 03, 2011 01:10 Odpowiedz z cytatemPowrót do góry

Drugi front: Fire Rain cz.2

*

-Słuchajcie uważnie!- krzyk pułkownika Martina Friedricha odbijał się metalicznie od wnętrza śmigłowca. Dziesięciu zamaskowanych komandosów, w czarnych kombinezonach, spoglądało na dowódcę, niczym na postać wodza podczas defilady.- Do celu zostało pięć minut! Skoczycie w dwóch seriach! Po pięciu! Drużyna Star pod dowództwem kapitana van der Berga natomiast drużyna Moon majora Janssena! Drużyna Star! Sierżant Doyle, sierżant Drake, sierżant van Dijk, porucznik de Vries, kapitan van der Berg!
- Tak jest, sir!- krzyknęli chórem!- Friedrich kontynuował:
- Drużyna Moon! Kapral Meyer, sierżant Hirotaka, sierżant van der Groen, sierżant Farraday, major Janssen!
- Tak jest, sir!- Śmigłowiec zatrząsł się. Pilot rzucił w stronę Friedricha:
- Panie pułkowniku, do celu sto metrów!- Friedrich założył gogle, po czym rzekł:
- Przygotować się żołnierze. Najpierw Star. Niech Bóg ma was w swojej opiece. Powodzenia!

**

Spadochrony rozpięły się nad Strefą tworząc prowizoryczną kopułę z czerni. W oddali rozgorzała bitwa. Doyle przez gogle widział tylko błyski wybuchów powtarzających się co kilkanaście, czasem nawet kilka sekund. Strefa była słabo oświetlona. Z odległości kilkuset metrów dało się zaobserwować jednak mocno obsadzone wieżyczki Kombinatu. Poza tym kilka patroli na głównym placu. Straże osłabiono kilkakrotnie. Dane statystyczne działały na korzyść rebeliantów. Doyle wyczekiwał momentu kulminacyjnego. Usłyszał nad sobą świt kilku myśliwców ruchu oporu.- zaczyna się- przeszło mu przez myśl, po czym spojrzał w dół. Nim Wieżyczki Kombinatu zdążyły zareagować operacja pod kryptonimem „Fire Rain” uderzyła z impetem w stanowiska obronne uzurpatora. Potężne rakiety z impetem uderzyły w trzy punkty Strefy: plac główny, mury obronne i fortyfikacje przed bazą. Ogromny wybuch i fala ognia trawiąca wszystko w promieniu kilkudziesięciu metrów. To dało spadochroniarzom cenny czas pod przygotowanie desantu. Do celu pozostało kilkadziesiąt metrów. Doyle obrócił głowę w prawo. Drużyna Moon właśnie wyskoczyła ze śmigłowca. Przez nadajnik w uchu Doyle usłyszał słowa kapitana van der Berga:
- Trzydzieści sekund do celu panowie! Przygotować się!- Doyle przełknął ślinę. Nie minęła chwila, a Bałwanek już poczuł pod nogami twardy grunt zadaszenia bazy. Stara konstrukcja więzienia zadrżała pod jego stopami od wybuchów. Doyle zdjął gogle i cisnął je za siebie. Zbędny balast był tu tylko utrudnieniem. Przyklęknął, odpiął spadochron i błyskawicznie sięgnął po karabinek snajperski. Reszta drużyny już zdążyła uporać się z balastem. Kapitan van den Berg ruchem ręki przywołał do siebie podopiecznych. Kiedy już wszyscy znaleźli się blisko siebie, uklęknęli, po czym dowódca drużyny wyjął z torby przekaźnik i zacząwszy go montować rzekł:
- Plan jest taki. Musimy dostać się do centrum dowodzenia. Znajduje się ono po drugiej stronie placu. Tam też spotkamy się z resztą. Po drodze eliminujemy wszystko i wszystkich, którzy staną nam na drodze. Czy to jasne?- wszyscy skinęli na znak, że rozumieją. Kapitan kontynuował:
- Tanathosem zajmiemy się później. Drake, Doyle, van Dijk! Zabezpieczyć drzwi! Ja i porucznik de Vries wchodzimy jako pierwsi!- po tych słowach ustawił na podłożu nadajnik i wystukawszy kilka komend na klawiaturze odczekał chwilę. Seria wybuchów rozjaśniła nieboskłon. Na ekraniku komputera ukazała się postać pułkownika Friedricha. Van der Berg zasalutował i rzekł:
- Panie pułkowniku, wszystko poszło zgodnie z planem. Faza pierwsza zakończona. Teraz realizujemy drugą część operacji.- Friedrich był już na froncie. Wokół panował ogromny rozgardiasz. Kilkunastu rebeliantów przewinęło się przez ekran pokrzykując wzajemnie na siebie. Friedrich choć słabo widoczny skinął i rzekł:
- Świetnie! Drużyna Moon także z powodzeniem wylądowała! Nie dajcie się jednak zwieźć pozorom. Thanatos jest w centrum dowodzenia, które w dodatku jest mocno obsadzone. Bądźcie czujni i bezwzględni! Powodzenia panowie! Macie tu wrócić za godzinę! Śmigłowiec osłaniany przez nasze myśliwce będzie na was czekał! Powodzenia!- van der Berg skinął i wyłączył przekaźnik. Krzyknął:
- Do roboty panowie! Jazda! Jazda! Jazda!- Doyle, Drake i van Dijk podbiegli do drzwi. Bałwanek precyzyjnie przestrzelił zardzewiałą kłódkę i cofnął się o kilka kroków. Jego koledzy osłaniali drzwi z lewej i prawej strony. Porucznik de Vries i kapitan van der Berg podbiegli do drzwi. Pierwszy z nich kopniakiem usunął przeszkodę. Klatka schodowa przywitała ich mrokiem i zapachem stęchlizny. Kapitan skrzywił się w grymasie bólu, ale wszedł jako pierwszy do środka. Za nim kolejno de Vries, Drake, van Dijk i Doyle. Schody prowadziły na kolejną klatkę schodową, tym razem z drzwiami bardziej solidnymi. Mała szybka pozwoliła rozpoznać otoczenie. Kapitan spojrzał przez nią na długi korytarz. Był pusty. Rzekł:
- Bałwanku! Przyczep lepką bombę do zawiasów. Od razu po wybuchu wchodzimy panowie! Jazda!- Doyle włożył granat w starą szmatkę i nałożył klej na materiał. Pozostali cofnęli się na schody. Młody sierżant odbezpieczył zawiniątko i przytulił się do ściany kilka metrów od drzwi. Wybuch wypchnął drzwi na korytarz. W tym momencie zawyły syreny na placu. Działo się coś niedobrego. Drużyna Star po kilku sekundach znalazła się na korytarzu. Okazało się, iż lepszego momentu wybrać sobie na to nie mogli, gdyż drzwi na końcu długiego korytarza otworzyły się z impetem, po czym w ich miejscu ukazały się dwie sylwetki kompletnie zdezorientowanych policjantów Kombinatu. Van der Berg nie zastanawiał się długo:
- Ognia!!!- ryknął. Seria z pięciu karabinów przecięła powietrze nawet nie dając szans siepaczom Thanatosa na sięgnięcie po broń. Ciała zawirowały w przestrzeni, po czym legły w bezruchu na czarno-białej posadzce więzienia. Drużyna dynamicznie ruszyła do przodu. Fortuna, jak na razie, była po stronie rebeliantów. Okazało się, iż pomieszczenie, którego progi przekroczyli zawierało kilkanaście cel wypełnionych rebeliantami skazanymi na karę śmierci za walkę przeciwko dyktaturze Kombinatu. Na widok komandosów wszyscy żywiołowo podbiegli do krat. Było ich około dwudziestu. Van der Berg dał znak palcem, żeby byli cicho. Rzekł w stronę podopiecznych:
- Uwolnijcie ich! Prędko!- Nieszczęścia chodzą parami, ale w tym wypadku szczęście także pokazało swoje drugie oblicze. Nie dość, że Thanatos postawił na posterunku tylko dwóch policjantów, to na dodatek w ich dyżurce znajdowała się zbrojownia. Rebelianci wypadli z hukiem z cel i dopadli do karabinów wiszących na wieszakach. Van der Berg uśmiechnął się szeroko. Jeden z przetrzymywanych podbiegł do dowódcy drużyny Star i rzekł:
- Jestem porucznik Wesley Stam. Jeśli pozwolicie, chcemy się wam zrewanżować…
- Trwa wojna…
- Wiemy. Mieliśmy kilku informatorów w szeregach dyktatora. Nawet tu działa korupcja.- zakończył sarkastycznie. Van der Berg rzekł:
- Mamy specjalną misję do wykonania. Odciągnijcie uwagę żołnierzy.
- Chociaż tyle możemy zrobić.- rzekł ze spokojem w głosie Stam. Van der Berg popatrzył w podłogę:
- Nie wiem, jak to powiedzieć. Jeśli Strefa nie zostanie zdobyta, wszyscy zginiecie.
- Wiem.- odrzekł lakonicznie stary porucznik.- Siedzę tu już kilka miesięcy, a od kilku lat mam świadomość, że mogłem zginąć w każdej chwili. Ten, kto zdecydował się na walkę z Kombinatem, musi się liczyć z taką ewentualnością. No ale nie ma co dyskutować. Robota czeka.
- Dziękuję poruczniku!- odparł van der Berg i zasalutował. Stam odpowiedział tym samym.
- Narobimy trochę szumu.- rzekł z przekąsem w głosie Wesley Stam.- Za mną chłopaki!- krzyknął jeszcze, po czym z całą grupą świeżo uwolnionych, uzbrojonych po zęby rebeliantów wypadł przez frontowe drzwi dyżurki. Po kilku minutach dało się słyszeć pierwszą wymianę ognia kilkadziesiąt metrów dalej. Van der Berg zwołał wszystkich. Rzekł:
- Stam i jego ludzie przetrzymają ich tak długo, jak się da. Kombinat myśli, że nastąpił bunt w więzieniu. Wykorzystamy to. Zejdziemy kilka pięter niżej. Przez plac się nie przedrzemy. Musimy murami dostać się na drugą stronę. Doyle, ciebie czeka najtrudniejsze zadanie.- Bałwanek przełknął ślinę. Wiedział co ma robić.- Ja, de Vries i van Dijk ściągniemy na siebie ogień ochrony placu. Ty i Drake wejdziecie na pierwszą lepszą wieżyczkę i zamontujecie laser impulsowy. Wiesz, co masz robić…
- Wyłączyć cholernych legionistów.- odparł ze strachem w głosie.
- Nikt nie powiedział, że będzie łatwo żołnierzu. Wierzę, że ci się uda. Jesteś najlepszy…- nastąpiła chwila milczenia. Wymiana ognia słyszana wcześniej obficie słabła na sile. Van der Berg poderwał się do góry i rzekł:
- W drogę! Skopmy im tyłki!- Doyle znów przełknął ślinę…

_________________
"Kto cię z wody wyciągnie za dupę, temu będziesz pilnować chałupę..."
Ogląda profil użytkownikaWyślij prywatną wiadomość
BadSol
Headcrab wyjadacz



Dołączył: 18 Paź 2007




PostWysłany: Sob Gru 03, 2011 13:31 Odpowiedz z cytatemPowrót do góry

Zasługujesz na dużo pochwał, szkoda, że nie którzy boją się dłuższych tekstów :s.
Jak zwykle opowiadanie mi się podobało i mam nadzieje, że mój post zachęci innych do czytania i komentowania Uśmiechnięty
Ogląda profil użytkownikaWyślij prywatną wiadomośćNumer Gadu Gadu
BreenWallace
Młody Headcrab



Dołączył: 27 Mar 2008
Skąd: Kielce



PostWysłany: Nie Gru 04, 2011 15:04 Odpowiedz z cytatemPowrót do góry

Drugi Front: „Semper Fidelis…” cz.1


*

Adrian Shephard… Zwykły amerykański żołnierz… Czym różnił się od innych? Nie warto stawiać sobie tego pytania, bowiem nikt nie potrafiłby na nie odpowiedzieć, przynajmniej na razie. Los bywa przewrotny. Nikt nie zna dnia ani godziny swojej śmierci. Nikt nie wie, co przyniesie każda kolejna sekunda egzystencji. Właśnie… Nikt… Ale wszyscy się nad tym zastanawiają. Adrian Shephard nigdy nie drążył odwiecznych prawideł świata. Nie szukał, nie dociekał. Może właśnie ta normalność, rutyna, powodowały to, że stał się niezwykły? Może właśnie fakt, że żył poza tą wielką machiną, do której obsługiwania zatrudniono miliardy? Zapomniałem… Nie powinienem stawiać pytań, na które nigdy nie poznam odpowiedzi… A przynajmniej na razie…


**


Cornelius stał przed namiotem i paląc papierosa wpatrywał się w trzewia martwego miasta, z którego przed chwilą uciekli.- Czemu to takie skomplikowane? Boże, odpowiedz mi, czemu otacza nas śmierć…- z letargu wyrwał go Adrian. Położył mu dłoń na ramieniu i westchnął głęboko. Cor przełknął ślinę, ale wyczuł, że jest dobrze. Żaden z nich nie odważył się odezwać, jako pierwszy. Mediator sam się znalazł. Svietlana pojawiła się tuż po Adrianie. Stanęła naprzeciwko młodego Vaarta i zapytała:
- Dasz mi fajkę, Cor?- ten bez słowa poczęstował ją papierosem. Rosjanka zaciągnęła się i po chwili odparła:
- Wasz przyjaciel wyliże się z tego. Ledwo go odratowali. Stracił jednak bardzo dużo krwi. Będzie musiał leżeć kilka dni, zanim wróci do siebie…
- Sęk w tym, że nie możemy zostać tu długo.- odparł Adrian rozkładając ręce w geście bezradności. Cornelius cisnął niedopałek na suchą ziemię i kontynuował rozmowę:
- Nie mamy wyjścia. Każda próba przetransportowania Christiaana… Zresztą… Gdzie niby mielibyśmy pójść? Bishop nas zdradził, dr Rosenberg nie żyje, nasz obóz został rozbity w perzynę. Adrianie, spójrzmy prawdzie w oczy. Wpadliśmy, jak śliwka w kompot. Na południe Rotterdam, gdzie za żadne skarby nie wrócę, przed nami front i armia Kombinatu.
- Wiem.- wtrącił zdawkowo młody komandos.- zdaję sobie z tego sprawę, ale… Przecież sam wiesz, jakimi siłami dysponuje Thanatos. Nikt nie zatrzyma jego legionów. Na pewno nie ta garstka, jaką dysponuje ruch oporu w Holandii. Jeżeli nie uzyskamy pomocy z zewnątrz, ta wojna zakończy się rzezią… I to w trybie przyspieszonym…
- Shephard, wkurza mnie twoje gadanie!- Svietlana wybuchła niekontrolowanym gniewem. Podeszła do kaprala i stanęła naprzeciw niego. Ich twarze dzieliła odległość kilku centymetrów.- Skoro jesteś wybrańcem, to czemu od razu nie zrezygnowałeś, co? Tak ci źle? Czemu nie spieprzyłeś gdzieś na samotną wyspę? O przepraszam! Zapomniałam! Osuszyli morza, rzeki i oceany! Jesteśmy po jednej stronie barykady…!
- Nie prosiłem o to!!!- ryknął żołnierz, tak, że przez chwilę głowy krzątających się po obozie rebeliantów skierowały się w stronę Rosjanki, Holendra i Amerykanina.- za każdym razem zadaje sobie pytanie, kim jestem? Czemu ja? Czemu nie mogłem zginąć w pieprzonym Black Mesa razem z moimi kolegami!? Myślisz, że czuję się wyjątkowy?- Svietlana zacisnęła zęby. Cornelius przykucnął i przetarł dłonią twarz kręcąc głową. Adrian kontynuował:
- To wy obarczyliście mnie odpowiedzialnością, o którą nie prosiłem! Dziewczyno, spójrz na mnie! Jestem zwykłym żołnierzem, który znalazł się w nieodpowiednim miejscu i czasie! Mam dwadzieścia dwa lata! Zapewne nawet ty jesteś starsza ode mnie! Czemu robicie ze mnie bożka…?- Poczuł na policzku dłoń Rosjanki, ale nie cofnął głowy.
- Do diabła z tobą Shephard. Dałeś ludziom nadzieję. Nie odbieraj jej chociaż…- splunęła pod jego buty, odwróciła się na pięcie i poszła w przeciwnym kierunku. Cornelius popatrzył na przyjaciela, a chwilę potem poszedł za młodą rebeliantką. Adrian zacisnął pięści i uniósł głowę do góry. Zamknął oczy. Spod zmęczonych powiek pociekły łzy. Stał tak przez chwilę nie wiedząc co ma robić. Miał rację. Był jeszcze młody. Zbyt młody, by móc w jakikolwiek sposób stać się przywódcą ludzkości w walce o wolność.
- Adrian?- drgnął pod wpływem delikatnego głosu wydobywającego się zza jego pleców. Odwrócił oblicze. Zobaczył przed sobą tą samą dziewczynę, którą spotkał kilka miesięcy temu w jednym z holenderskich lasów. Miała ten sam śliczny wyraz twarzy, niezapomniany i piękny. Zielone oczy z bystrością i przenikliwością piłowały Adriana, tak, że ten musiał odwrócić wzrok. Justine podeszła do żołnierza i bez słowa objęła go za szyję. Adrian nie zastanawiając się chwili dłużej odwzajemnił miły gest.- Kocham cię.- szepnął. Justine zamknęła oczy i ze słabym uśmiechem rzekła:
- Wiem, ja ciebie też.- Stali tak przez chwilę w milczeniu. Młoda Holenderka w końcu odstąpił od młodego żołnierza i rzekła:
- Słyszałam waszą kłótnię.
- Nie sposób było nie słyszeć.- odparł zrezygnowany Adrian. Justine odparła:
- Chodź ze mną do namiotu. Posiedzimy przy Christiaanie.- Adrian zatrzymał ją gestem ręki:
- Jak się obudzi, ani słowa o Juliette. Pamiętaj.
- Wiem o tym doskonale.- odrzekła.- a teraz chodź. On nas potrzebuje.- Weszli do dużego, zielonego namiotu. Christiaan spoczywał na metalowym łóżku, podpięty do respiratora. Wokół znajdowało się mnóstwo szafek z medykamentami. Dwóch mężczyzn odzianych w białe trykoty krzątało się wokół pacjenta. Przy łóżku siedział Marco Rodriguez. Powieki zamykały mu się samoistnie, ale na widok Adriana i Justine błyskawicznie wstał:
- Cały czas bez zmian. Ważne, że jego stan jest stabilny.- Do Adriana i Justine podszedł stary lekarz. Zdjął okulary i przecierając je rzekł:
- Tak, jak mów wasz przyjaciel. Jego stan jest stabilny, ale nie na długo. Stracił bardzo dużo krwi. Potrzebna jest szybka transfuzja. Sęk w tym, że posiada bardzo rzadką grupę krwi, a taką ma niewielki odsetek ludzkości. Jeśli nie znajdzie się dawca, Christiaan umrze w przeciągu kilkunastu godzin. Rany udało się zaszyć. Możemy być wdzięczni Bogu, że nie wdało się zakażenie.
- Jaką grupę ma Christiaan?- zapytała Justine.
- 0 Rh-.- odparł medyk. Na te słowa żywiołowo zareagował Adrian:
- Nie wiem czy to czysty zbieg okoliczności czy ług szczęścia, ale… Ja także mam grupę 0 Rh-.
- Coś takiego…- rzekł z szerokim uśmiechem lekarz.-w porządku, ale proszę pamiętać. Musimy pobrać 2 litry osocza. Będzie pan na granicy wyczerpania, żołnierzu…
- To nic… Pospieszmy się, czas gra na naszą niekorzyść.- Lekarz podszedł do szafki. Wyjął niewielki przedmiot, po czym założył gumowe rękawiczki.- proszę się przygotować na cztery transfuzje.- Justine położyła dłoń na ramieniu Adriana. Rzekła:
- Adrianie, to naprawdę dużo. Będziesz niezwykle osłabiony.
- Dam radę skarbie. Nie pozwolę, żeby Christiaan skonał.- Rodriguez podszedł do komandosa i klepiąc go po ramionach rzekł:
- Kapral Shephard, Semper Fidelis! Jesteś dobrym człowiekiem Adrian. Pamiętaj o tym. Ja idę się zdrzemnąć nieco, bo jestem wykończony. Powodzenia żołnierzu!- zasalutował z uśmiechem i opuścił z wolna namiot. Justine rzekła:
- Semper Fidelis? Zawsze wierny? O co chodzi?- Adrian spuścił wzrok, ale cały czas uśmiechał się:
- Taka nasza wojskowa dewiza. Bądź wierny swoim ideałom. Cały czas…
- Właśnie. Bądź wierny, przyjacielu. Wiem, że jesteś i będziesz…- Do namiotu wszedł Cornelius i Svietlana.- Nigdy w to nie wątpiłem, odkąd cię poznałem. Nigdy też nie zwątpię, bo wiem, że jesteś człowiekiem honoru, a twoje dotychczasowe czyny tylko to potwierdzają.
- Przepraszam, Adrianie. Miałeś prawo stracić nadzieję.- odparła Słowianka. Kapral podszedł do niej i rzekł:
- Ej, wszystko w porządku. To ja przepraszam, niepotrzebnie na ciebie nakrzyczałem. Nie straciłem nadziei, po prostu starałem się znaleźć wyjście z opresji. Nigdy bym was nie opuścił. Chodźcie tu do mnie wszyscy.- Nastąpiła miła chwila. Adrian dwoma rękami przytulił Svietlanę i Justine, a całą trójkę dodatkowo objął Cornelius. Stali tak przez chwilę w milczeniu, które ni stąd ni zowąd przerwała Justine:
- Mam dla was komunikat, a w szczególności dla ciebie Adrianie.- Shephard uniósł jedną brew do góry w geście zaciekawienia. Spytał lakonicznie:
- Tak?- Cornelius także obserwował siostrę. Svietlana założyła ręce na piersiach i czekała. Młoda Holenderka zaczęła się rumienić i spuściła głowę w dół:
- Jestem w ciąży Adrianie. Będziesz miał dziecko...

_________________
"Kto cię z wody wyciągnie za dupę, temu będziesz pilnować chałupę..."
Ogląda profil użytkownikaWyślij prywatną wiadomość
BreenWallace
Młody Headcrab



Dołączył: 27 Mar 2008
Skąd: Kielce



PostWysłany: Czw Cze 14, 2012 14:33 Odpowiedz z cytatemPowrót do góry

Witam po długiej nieobecności Siostry i Bracia. Jest ktoś, kto chciałby wgłębić się w dalsze losy Adriana i jego przyjaciół? Innymi słowy, chcecie kontynuacji Drugiego Frontu:)?
Z poważaniem,
Dr Wallace Breen

_________________
"Kto cię z wody wyciągnie za dupę, temu będziesz pilnować chałupę..."
Ogląda profil użytkownikaWyślij prywatną wiadomość
Archi
Dojrzały Headcrab



Dołączył: 29 Gru 2009
Skąd: Venice, CA



PostWysłany: Wto Cze 19, 2012 10:53 Odpowiedz z cytatemPowrót do góry

yup. Szczęsliwy Gordon

_________________
Julien-K Poland
Ogląda profil użytkownikaWyślij prywatną wiadomośćNumer Gadu Gadu
BreenWallace
Młody Headcrab



Dołączył: 27 Mar 2008
Skąd: Kielce



PostWysłany: Pią Paź 26, 2012 01:08 Odpowiedz z cytatemPowrót do góry

Drugi front: Nowy, wspaniały świat

Adrian nie wierzył w to, co usłyszał. Tysiące myśli kłębiły się, niczym jadowite węże, w jego głowie. Miał dwadzieścia dwa lata. Był jednym z młodszych żołnierzy w swojej starej jednostce, był jeszcze chłopcem. Zrozumiał jednak, że teraz musi stać się mężczyzną. Nigdy się nim nie czuł, można powiedzieć, że od zawsze bagatelizował wszystko to, co go otaczało. Nie przejmował się zbytnio obowiązkami życia codziennego, oczywiście poza wojskiem, które stanowiło dla niego zarówno przygodę, jak i sposób na życie. Uwikłany w codzienność koszar starał się zapomnieć, jak wygląda smak prawdziwej egzystencji. Starał, ale nie zapomniał. Nienawidził swoich rówieśników jeżdżących codziennie na dyskoteki, uprawiających przygodny seks z nowopoznanymi osobami. Nie interesowało go kompletnie to wszystko, co składało się na degrengoladę współczesnego świata. W koszarach panowała inna sytuacja. Tam czuł się, jak ryba w wodzie. Poznał kolesi, którzy nadawali na tych samych falach. Rodriguez, La Monte, Radzinsky, Johnson, Bradley. To była jego drużyna, kompania braci, za których oddałby życie. Niestety tylko szeregowy Marco Rodriguez doczekał tych smutnych dni. Niestety, a może i dobrze, że reszta drużyny nie musi oglądać tego, co się wyrabia. Niech spoczywają w pokoju. Adrian obiecał sobie, że doprowadzi sprawę Thanatosa do końca. Znienawidził go całym sercem, a zemsta dodawała mu odwagi. Zemsta i… miłość. Tak. Zakochał się raz na zawsze w dziewczynie, która miała zaledwie kilka lat, kiedy to wszystko się zaczęło. Pamiętał ostatnią bitwę, pamiętał jak jego towarzysze konali walcząc z hordami obcych przelewając krew za wolność świata. Pamiętał, jak pochwycił karabin i posłał ostatnią serię w kierunku nacierających istot. Pamiętał… Ciemność i zielone światło. Pamiętał mężczyznę w garniturze i jego sarkastyczny uśmiech…
- Adrianie? Dobrze się czujesz?
Shephard wyrwany z letargu z niedowierzaniem popatrzył po twarzach obecnych w namiocie medycznym osób. Cornelius z otwartymi ustami patrzył to na Adriana, to na Justine, ale nie mógł wydobyć z siebie słowa. Svietlana uśmiechała się pod nosem:
- No, no, no.- rzekła.-gratuluję wam moi drodzy, który to miesiąc Justine…
- Jesteś w ciąży?- zapytał w końcu z poważną miną Adrian. Młoda Holenderka podniosła w końcu wzrok i równie poważnie, wręcz patetycznie rzekła:
- Tak. Widzę, że jesteś niezmiernie zadowolony z tego faktu. Myślałam…
- Adrian, Justine… Wy… Nie wierzę… Jak? Kiedy?!- wtrącił zdezorientowany Cornelius.
- Nieważne braciszku. Stało się i już. Widzę jednak, że tylko ja nie żałuję tego faktu.
- Nie o to chodzi skarbie, ja… Po prostu nie wiem, co powiedzieć. Ku*wa! Będę ojcem! Nie sądziłem, że kiedyś… Będę ojcem!
- Ktoś tu jest w ciąży?- do namiotu wszedł Marco.- Justine? Naprawdę? Niech zgadnę, ojcem jest nie kto inny, jak kapral Shephard…
- Waż słowa Marco. Proszę.- wtrącił podenerwowany Adrian i kąśliwym spojrzeniem zakończył monolog Rodrigueza. Hiszpan zorientował się, że jego żart był nie na miejscu i odparł lekko zakłopotany:
- Nie no, oczywiście, że Adrian. Ja tak sobie zażartowałem.
- Daruj sobie.- odparła Svietlana unosząc jedną brew do góry w geście ironii.- Czy wy mężczyźni jesteście aż tak prymitywni czy tylko udajecie?- Rodriguez zrezygnował z dalszej dyskusji. Podrapał się tylko za uchem i usiadł na krześle przy łóżku Christiaana. W tym momencie Adrian podszedł do Justine. Dotknął jej podbródka dłonią, uniósł lekko do góry i patrząc w oczy rzekł:
- Możesz wierzyć lub nie, ale jestem najszczęśliwszym kolesiem pod słońcem. Pomimo tego całego bajzlu cieszę się, jak nigdy.- Młoda Holenderka zgięła kąciki ust w lekkim uśmiechu i rzekła:
- Też się cieszę Adrianie. Nawet nie wiesz jak bardzo. Nie wiedziałam, kiedy ci o tym powiedzieć. Nawet nie mieliśmy czasu spokojnie porozmawiać. Na początku to wszystko mnie przerosło…
- Yyyyy, to my sobie pójdziemy, a wy spokojnie porozmawiajcie.- rzekła Svietlana i patrząc wyraźnie na Corneliusa wyszła z namiotu. Holender rzucił spojrzeniem w kierunku Adriana i Justine i wyszedł za Rosjanką. Nie było to jednak miłe spojrzenie, co wyraźnie dostrzegł Shephard. Zaraz za nimi namiot opuścił Rodriguez. Adrian rzekł:
- Cor nie jest zadowolony. Widzę, że ma do mnie żal…
- Do mnie też.- Wtrąciła Justine.- Ale nie przejmuj się. Zawsze był troskliwym bratem. Oprócz doktora Rosenberga stanowił dla mnie jedyną rodzinę… Nadal nią jest. Chciał mnie uchronić przed złem tego świata.
- Ale nie uchronił cię przede mną.- zażartował Adrian. Po tych słowach Justine odsunęła się od niego i odwróciła głowę:
- Nie mów tak. To wszystko jest skomplikowane.- Młody żołnierz podszedł do niej i objąwszy ją rzekł:
- Wiem, że jest. Wiem. Ale nie na darmo pojawiłem się tutaj. Skoro mam stać się przywódcą w walce z Thanatosem, co brzmi troszeczkę śmiesznie, bo mam dopiero dwadzieścia dwa lata, to będę nim. Będę też ojcem…
- Adrianie, błagam. Powtarzasz to w kółko. Chociaż raz zapomnij, że masz 22 lata. Chociaż raz udowodnij, że zależy ci na mnie. Ciągle użalasz się nad sobą, nad swoim wiekiem. Czasy się zmieniły. My też się zmieniliśmy, bo to wszystko nas do tego zmusiło. Ja wiem. Przeżyłeś piekło w Black Mesa. Wszystko potoczyło się tak nagle. Nie byłeś w stanie nawet zorientować się, o co tak naprawdę chodziło. Adrianie, ja też przeżyłam piekło. Straciłam rodziców. Wychowywałam się zaszczuta, jak jakieś zwierzę tropione przez harty!
- Skarbie…
- Proszę, pozwól mi dokończyć. Jestem od ciebie starsza o kilka lat, ale to nie zmienia faktu, że jestem młodą kobietą. Boję się, tak bardzo się boję, zwłaszcza teraz, kiedy w moim łonie od dwóch miesięcy dojrzewa nasze dziecko. Nigdy się nie zakochałam. Nigdy. Raz wydawało mi się, że kocham, ale to była tylko ułuda. Tata powtarzał, że człowiek tylko raz w życiu się [cenzura]. Że nie można się odkochać. Można tylko nauczyć się bez tej osoby żyć. Pokochałam tylko ciebie i nie chcę cię stracić. Codziennie dziękuję Bogu, że dał mi cię, w chwili, kiedy potrzebowałam drugiej połówki. Może brzmi to trochę samolubnie, ale tak na początku było. Teraz wszystko się zmieniło. Proszę, obiecaj mi Adrianie, że zaopiekujesz się nami i nie pozwolisz nas skrzywdzić.- Adrian przytulił ją bez słowa i mrużąc oczy szepnął jej do ucha:
- Obiecuję mała. Ani tobie, ani naszemu dziecku nie stanie się krzywda. Dopilnuję tego osobiście.- Holenderka rzekła:
- Ja to wiem. Chciałam tylko usłyszeć te słowa od ciebie.- Żołnierz westchnął i rzekł:
- Często myślę o dniach minionych. Stanowią swego rodzaju zwierciadło moich błędów. Pamiętam, jaki byłem kiedyś. Brawurowy i zbuntowany. Idąc do wojska liczyłem na fortunę, przygodę i adrenalinę. Byłem głupim gnojem, który co prawda kochał ryzyko, ale nie myślał poważnie. Nie myślał o szarej codzienności życia. Moja matka do końca wierzyła, że się zmienię, w przeciwieństwie do ojca, który był ze mnie dumny. Zawsze powtarzał, że muszę być twardym, zimnym sukinsynem, bo współczesny świat tego wymaga. Bo nie ma w nim miejsca na sentymenty i słabości. Ojciec twierdził, że sentymenty są skutkiem użalania się nad ludźmi i nad samym sobą. Ja nie mówię, że był pozbawiony uczuć. Kochał matkę, moją siostrę i mnie. Po prostu rzadko to okazywał, ponieważ jego żołnierskie ego nie pozwalało mu na „okazywanie słabości”. Twierdził, że każdy żołnierz powinien być maszyną. W domu jesteś ojcem, mężem. W koszarach jesteś zaprogramowanym do wykonywania rozkazów robotem, który na polecenie wyższego rangą oficera rozpęta piekło nawet w przedszkolu. Miał niestety rację. Wojsko nauczyło mnie kilku rzeczy. Pierwszą z nich są zasady. Do tej pory mam swoje i się ich trzymam, nigdy żadnej nie złamałem, a przynajmniej nie pamiętam, żebym to zrobił. Pamiętam tylko twarz matki, która wyrażała więcej, niż jakiekolwiek słowa. W większości smutek i rozczarowanie, ale też nadzieję i miłość, wiarę w to, że się zmienię. Dopiero teraz zdałem sobie sprawę z tego, jak ważne w życiu człowieka są uczucia oraz wzajemne zaufanie. Kochałem swoich rodziców, ale na błędach swojego ojca nauczyłem się kilku rzeczy. Przede wszystkim nie chcę być w pewnych sprawach, taki, jak on. Wiedz, że zawsze możesz liczyć na moje wsparcie i opiekę. Ty i nasz syn? Córka?- zakończył śmiejąc się radośnie. Justine też zaczęła się śmiać. Rzekła:
- Nie wiem i nie chcę wiedzieć. Niech to będzie niespodzianką. Ważne żeby było zdrowe.
- Stworzę wam nowy, wspaniały świat. Gdzie nie będzie przemocy, nienawiści, wyzysku. Wszyscy go stworzymy. Myślę, że ludzie wyciągnęli istotne wnioski z tej nieszczęsnej lekcji. Musimy tylko dać podwaliny pod nowy ład i wspólnie budować harmonię i porządek.- W tym momencie do namiotu wszedł starszy mężczyzna odziany w biały trykot. Rzekł:
- Panie Shephard? Przepraszam, że przeszkadzam, ale proszę przygotować się do pierwszej transfuzji. Waszemu przyjacielowi nie pozostało wiele czasu…

Przełamałem się Uśmiechnięty. W końcu odświeżyłem DF i przystępuję pełen pomysłów do pisania Uśmiechnięty. Jeśli ktoś stracił wątek zachęcam do przypomnienia sobie poprzednich epizodów. Miłego czytania Uśmiechnięty. Kolejne rozdziały już niebawem.

_________________
"Kto cię z wody wyciągnie za dupę, temu będziesz pilnować chałupę..."
Ogląda profil użytkownikaWyślij prywatną wiadomość
Tony Młontana
Świeży Headcrab



Dołączył: 01 Gru 2012


Steam ID: DynamiteBN

PostWysłany: Pon Gru 03, 2012 20:01 Odpowiedz z cytatemPowrót do góry

BreenWallace napisał:
Drugi front: Nowy, wspaniały świat

Adrian nie wierzył w to, co usłyszał. Tysiące myśli kłębiły się, niczym jadowite węże, w jego głowie. Miał dwadzieścia dwa lata. Był jednym z młodszych żołnierzy w swojej starej jednostce, był jeszcze chłopcem. Zrozumiał jednak, że teraz musi stać się mężczyzną. Nigdy się nim nie czuł, można powiedzieć, że od zawsze bagatelizował wszystko to, co go otaczało. Nie przejmował się zbytnio obowiązkami życia codziennego, oczywiście poza wojskiem, które stanowiło dla niego zarówno przygodę, jak i sposób na życie. Uwikłany w codzienność koszar starał się zapomnieć, jak wygląda smak prawdziwej egzystencji. Starał, ale nie zapomniał. Nienawidził swoich rówieśników jeżdżących codziennie na dyskoteki, uprawiających przygodny seks z nowopoznanymi osobami. Nie interesowało go kompletnie to wszystko, co składało się na degrengoladę współczesnego świata. W koszarach panowała inna sytuacja. Tam czuł się, jak ryba w wodzie. Poznał kolesi, którzy nadawali na tych samych falach. Rodriguez, La Monte, Radzinsky, Johnson, Bradley. To była jego drużyna, kompania braci, za których oddałby życie. Niestety tylko szeregowy Marco Rodriguez doczekał tych smutnych dni. Niestety, a może i dobrze, że reszta drużyny nie musi oglądać tego, co się wyrabia. Niech spoczywają w pokoju. Adrian obiecał sobie, że doprowadzi sprawę Thanatosa do końca. Znienawidził go całym sercem, a zemsta dodawała mu odwagi. Zemsta i… miłość. Tak. Zakochał się raz na zawsze w dziewczynie, która miała zaledwie kilka lat, kiedy to wszystko się zaczęło. Pamiętał ostatnią bitwę, pamiętał jak jego towarzysze konali walcząc z hordami obcych przelewając krew za wolność świata. Pamiętał, jak pochwycił karabin i posłał ostatnią serię w kierunku nacierających istot. Pamiętał… Ciemność i zielone światło. Pamiętał mężczyznę w garniturze i jego sarkastyczny uśmiech…
- Adrianie? Dobrze się czujesz?
Shephard wyrwany z letargu z niedowierzaniem popatrzył po twarzach obecnych w namiocie medycznym osób. Cornelius z otwartymi ustami patrzył to na Adriana, to na Justine, ale nie mógł wydobyć z siebie słowa. Svietlana uśmiechała się pod nosem:
- No, no, no.- rzekła.-gratuluję wam moi drodzy, który to miesiąc Justine…
- Jesteś w ciąży?- zapytał w końcu z poważną miną Adrian. Młoda Holenderka podniosła w końcu wzrok i równie poważnie, wręcz patetycznie rzekła:
- Tak. Widzę, że jesteś niezmiernie zadowolony z tego faktu. Myślałam…
- Adrian, Justine… Wy… Nie wierzę… Jak? Kiedy?!- wtrącił zdezorientowany Cornelius.
- Nieważne braciszku. Stało się i już. Widzę jednak, że tylko ja nie żałuję tego faktu.
- Nie o to chodzi skarbie, ja… Po prostu nie wiem, co powiedzieć. Ku*wa! Będę ojcem! Nie sądziłem, że kiedyś… Będę ojcem!
- Ktoś tu jest w ciąży?- do namiotu wszedł Marco.- Justine? Naprawdę? Niech zgadnę, ojcem jest nie kto inny, jak kapral Shephard…
- Waż słowa Marco. Proszę.- wtrącił podenerwowany Adrian i kąśliwym spojrzeniem zakończył monolog Rodrigueza. Hiszpan zorientował się, że jego żart był nie na miejscu i odparł lekko zakłopotany:
- Nie no, oczywiście, że Adrian. Ja tak sobie zażartowałem.
- Daruj sobie.- odparła Svietlana unosząc jedną brew do góry w geście ironii.- Czy wy mężczyźni jesteście aż tak prymitywni czy tylko udajecie?- Rodriguez zrezygnował z dalszej dyskusji. Podrapał się tylko za uchem i usiadł na krześle przy łóżku Christiaana. W tym momencie Adrian podszedł do Justine. Dotknął jej podbródka dłonią, uniósł lekko do góry i patrząc w oczy rzekł:
- Możesz wierzyć lub nie, ale jestem najszczęśliwszym kolesiem pod słońcem. Pomimo tego całego bajzlu cieszę się, jak nigdy.- Młoda Holenderka zgięła kąciki ust w lekkim uśmiechu i rzekła:
- Też się cieszę Adrianie. Nawet nie wiesz jak bardzo. Nie wiedziałam, kiedy ci o tym powiedzieć. Nawet nie mieliśmy czasu spokojnie porozmawiać. Na początku to wszystko mnie przerosło…
- Yyyyy, to my sobie pójdziemy, a wy spokojnie porozmawiajcie.- rzekła Svietlana i patrząc wyraźnie na Corneliusa wyszła z namiotu. Holender rzucił spojrzeniem w kierunku Adriana i Justine i wyszedł za Rosjanką. Nie było to jednak miłe spojrzenie, co wyraźnie dostrzegł Shephard. Zaraz za nimi namiot opuścił Rodriguez. Adrian rzekł:
- Cor nie jest zadowolony. Widzę, że ma do mnie żal…
- Do mnie też.- Wtrąciła Justine.- Ale nie przejmuj się. Zawsze był troskliwym bratem. Oprócz doktora Rosenberga stanowił dla mnie jedyną rodzinę… Nadal nią jest. Chciał mnie uchronić przed złem tego świata.
- Ale nie uchronił cię przede mną.- zażartował Adrian. Po tych słowach Justine odsunęła się od niego i odwróciła głowę:
- Nie mów tak. To wszystko jest skomplikowane.- Młody żołnierz podszedł do niej i objąwszy ją rzekł:
- Wiem, że jest. Wiem. Ale nie na darmo pojawiłem się tutaj. Skoro mam stać się przywódcą w walce z Thanatosem, co brzmi troszeczkę śmiesznie, bo mam dopiero dwadzieścia dwa lata, to będę nim. Będę też ojcem…
- Adrianie, błagam. Powtarzasz to w kółko. Chociaż raz zapomnij, że masz 22 lata. Chociaż raz udowodnij, że zależy ci na mnie. Ciągle użalasz się nad sobą, nad swoim wiekiem. Czasy się zmieniły. My też się zmieniliśmy, bo to wszystko nas do tego zmusiło. Ja wiem. Przeżyłeś piekło w Black Mesa. Wszystko potoczyło się tak nagle. Nie byłeś w stanie nawet zorientować się, o co tak naprawdę chodziło. Adrianie, ja też przeżyłam piekło. Straciłam rodziców. Wychowywałam się zaszczuta, jak jakieś zwierzę tropione przez harty!
- Skarbie…
- Proszę, pozwól mi dokończyć. Jestem od ciebie starsza o kilka lat, ale to nie zmienia faktu, że jestem młodą kobietą. Boję się, tak bardzo się boję, zwłaszcza teraz, kiedy w moim łonie od dwóch miesięcy dojrzewa nasze dziecko. Nigdy się nie zakochałam. Nigdy. Raz wydawało mi się, że kocham, ale to była tylko ułuda. Tata powtarzał, że człowiek tylko raz w życiu się [cenzura]. Że nie można się odkochać. Można tylko nauczyć się bez tej osoby żyć. Pokochałam tylko ciebie i nie chcę cię stracić. Codziennie dziękuję Bogu, że dał mi cię, w chwili, kiedy potrzebowałam drugiej połówki. Może brzmi to trochę samolubnie, ale tak na początku było. Teraz wszystko się zmieniło. Proszę, obiecaj mi Adrianie, że zaopiekujesz się nami i nie pozwolisz nas skrzywdzić.- Adrian przytulił ją bez słowa i mrużąc oczy szepnął jej do ucha:
- Obiecuję mała. Ani tobie, ani naszemu dziecku nie stanie się krzywda. Dopilnuję tego osobiście.- Holenderka rzekła:
- Ja to wiem. Chciałam tylko usłyszeć te słowa od ciebie.- Żołnierz westchnął i rzekł:
- Często myślę o dniach minionych. Stanowią swego rodzaju zwierciadło moich błędów. Pamiętam, jaki byłem kiedyś. Brawurowy i zbuntowany. Idąc do wojska liczyłem na fortunę, przygodę i adrenalinę. Byłem głupim gnojem, który co prawda kochał ryzyko, ale nie myślał poważnie. Nie myślał o szarej codzienności życia. Moja matka do końca wierzyła, że się zmienię, w przeciwieństwie do ojca, który był ze mnie dumny. Zawsze powtarzał, że muszę być twardym, zimnym sukinsynem, bo współczesny świat tego wymaga. Bo nie ma w nim miejsca na sentymenty i słabości. Ojciec twierdził, że sentymenty są skutkiem użalania się nad ludźmi i nad samym sobą. Ja nie mówię, że był pozbawiony uczuć. Kochał matkę, moją siostrę i mnie. Po prostu rzadko to okazywał, ponieważ jego żołnierskie ego nie pozwalało mu na „okazywanie słabości”. Twierdził, że każdy żołnierz powinien być maszyną. W domu jesteś ojcem, mężem. W koszarach jesteś zaprogramowanym do wykonywania rozkazów robotem, który na polecenie wyższego rangą oficera rozpęta piekło nawet w przedszkolu. Miał niestety rację. Wojsko nauczyło mnie kilku rzeczy. Pierwszą z nich są zasady. Do tej pory mam swoje i się ich trzymam, nigdy żadnej nie złamałem, a przynajmniej nie pamiętam, żebym to zrobił. Pamiętam tylko twarz matki, która wyrażała więcej, niż jakiekolwiek słowa. W większości smutek i rozczarowanie, ale też nadzieję i miłość, wiarę w to, że się zmienię. Dopiero teraz zdałem sobie sprawę z tego, jak ważne w życiu człowieka są uczucia oraz wzajemne zaufanie. Kochałem swoich rodziców, ale na błędach swojego ojca nauczyłem się kilku rzeczy. Przede wszystkim nie chcę być w pewnych sprawach, taki, jak on. Wiedz, że zawsze możesz liczyć na moje wsparcie i opiekę. Ty i nasz syn? Córka?- zakończył śmiejąc się radośnie. Justine też zaczęła się śmiać. Rzekła:
- Nie wiem i nie chcę wiedzieć. Niech to będzie niespodzianką. Ważne żeby było zdrowe.
- Stworzę wam nowy, wspaniały świat. Gdzie nie będzie przemocy, nienawiści, wyzysku. Wszyscy go stworzymy. Myślę, że ludzie wyciągnęli istotne wnioski z tej nieszczęsnej lekcji. Musimy tylko dać podwaliny pod nowy ład i wspólnie budować harmonię i porządek.- W tym momencie do namiotu wszedł starszy mężczyzna odziany w biały trykot. Rzekł:
- Panie Shephard? Przepraszam, że przeszkadzam, ale proszę przygotować się do pierwszej transfuzji. Waszemu przyjacielowi nie pozostało wiele czasu…

Przełamałem się Uśmiechnięty. W końcu odświeżyłem DF i przystępuję pełen pomysłów do pisania Uśmiechnięty. Jeśli ktoś stracił wątek zachęcam do przypomnienia sobie poprzednich epizodów. Miłego czytania Uśmiechnięty. Kolejne rozdziały już niebawem.


Kiedy następne "Epizody"? (Witam wszystkich!)
Ogląda profil użytkownikaWyślij prywatną wiadomośćWyślij email
BreenWallace
Młody Headcrab



Dołączył: 27 Mar 2008
Skąd: Kielce



PostWysłany: Nie Lut 17, 2013 23:03 Odpowiedz z cytatemPowrót do góry

Czy jest osoba, która byłaby zainteresowana kolejnymi rozdziałami "Drugiego Frontu"?Uśmiechnięty Mam trochę więcej czasu na pisanie i zastanawiam się czy kontynuować, jeśli ktoś byłby chętny śledzić dalsze losy Shepharda i spółki w moim wydaniu, to z wielką przyjemnością kontynuuję wątek Bardzo szczęśliwy. Myślałem też nad uporządkowaniem, uzupełnieniem i korektą całości i wrzucenia jej ponownie w ostatecznej formie. Czekam na jakiś znak hehe Uśmiechnięty Jeśli moderatorzy wyrażą zgodę, zbiorę wszystkie epizody do kupy, przeredaguję, poszerzę i rozwinę dialogi, ponieważ to opowiadanie rozpocząłem w roku 2008 Uśmiechnięty. Troszeczkę się zmieniło hehe, czekam na jakieś posty w związku z tym, co napisałem Uśmiechnięty. Mam nadzieję, że zainteresowanie w dalszym ciągu jest Uśmiechnięty. Pozdro!

_________________
"Kto cię z wody wyciągnie za dupę, temu będziesz pilnować chałupę..."
Ogląda profil użytkownikaWyślij prywatną wiadomość
BreenWallace
Młody Headcrab



Dołączył: 27 Mar 2008
Skąd: Kielce



PostWysłany: Pią Lut 22, 2013 03:44 Odpowiedz z cytatemPowrót do góry

Drugi front: „Fire Rain” cz.3

*

Thanatos stał przed olbrzymim telebimem i obserwował przemieścia Hagi. Armia Kombinatu rozpoczęła wielką ofensywę. Zdecydowana większość wojsk zasilała teraz Armię Środek, która spychała oponentów w kierunku Rotterdamu. Imperator miał plan. Kiedy główna armia Kombinatu zmusi rebeliantów do odwrotu w kierunku opuszczonych ruin, to właśnie miasto ich wykończy. Nie wiedział jednak, że przerzucenie większości sił na front pozbawi uzurpatora jakiejkolwiek linii obrony w Strefie. Thanatos był pyszny. Dawno temu zatracił resztki człowieczeństwa. Obecnie kierowała nim tylko chęc zemsty i władzy, co zazębiało się niezwykle wymownie. Imperator nie tylko chciał zdławić opór w Holandii. Kolejny atak miał nastąpić na Nova Prospekt, siedzibę Wallace’a Breena, który był głównym antagonistą w tej walce. Thanatos nie wiedział jednak, że zbyt przecenił swoje możliwości militarne i taktyczne. Operacja „Fire Rain” właśnie wypalała jego plan od środka:
- Crowe!- rzucił imperator kąśliwie, nieustannie patrząc w ekran telebimu. Barczysty oficer pewnym krokiem podszedł w jego kierunku i zatrzymując się bez słowa czekał, co powie jego przywódca:
- Nadaj komunikat. Niech oficerowie przegrupują siły. Armia Północ ma ruszyć na Utrecht, a Generał Welens ma czym prędzej wycofać się spod Groningen.- Tak jest!- rzekł Crowe, a Thanatos odparł:
- Uderzymy całą swoją siłą na rebeliantów. Jeśli główna armia zostanie rozbita, reszta podda się bez walki…- w tym momencie na terenie Strefy włączyły się wszystkie alarmy. Thanatos podbiegł do żołnierza, który siedział przy stanowisku obok głównego telebimu i rzucił:
- Daj wszystkie kamery na plac! Co do… Croooooweeeeeeeee!!!!!!! Zbierz ludzi i zatrzymaj ich! Powtarzam! Zatrzymaaaaaaaaaaaaj!- Crowe podbiegł do Thanatosa i patrząc na telebim krzyknął:
- Cykada! Zwołaj Łowców! Musimy szybko ruszać na plac! Jazda, jazdaaaa!!!

**

Potężny karabin pulsacyjny ustawiony na murach okalających plac otwierał ogień i dziesiątkował drużyny broniące dostępu do centrum dowodzenia Strefy. Spanikowane drużyny elitarnych jednostek Kombinatu, które uformowały pozycje obronne w żaden sposób nie mogły obronić się przed wiązkami potężnego lasera, który cyklicznie kruszył ich tarcze i palił kombinezony ochronne. Wszędzie dało się słyszeć jęki agonii. Po raz pierwszy w wojskach Thanatosa zapanował chaos. Szeregowy van Dijk, porucznik de Vries i kapitan van der Berg skutecznie dawali ogień zaporowy Doyle’owi i Drake’owi, którzy pędzili niczym błyskawica w kierunku narożnej wieżyczki. Zamontowanie lasera impulsowego spowodowałoby wyłączenie całego systemu elektrycznego Strefy na kilka dobrych godzin, co w efektach dałoby całkowite unieruchomienie legionistów i czas rebeliantom na przegrupowanie sił i stworzenie dogodnej sytuacji do kontrofensywy. Wieżyczka, do której zmierzali Doyle wraz z kompanem była w zasadzie nistrzeżona. Dwóch żołnierzy, którzy znajdowali się na jej szycycie dopiero teraz zdali sobie sprawę z potencjonalnego zagrożenia, ale i na to było już za późno. Zanim dopadli do karabinka snajperskiego zamontowanego na jednej z barierek, Doyle już mierzył w ich stronę z karabinka snajperskiego. Krótka seria odrzuciła jednego z żołnierzy Thanatosa. Wróg przekoziołkował przez barierkę i z krzykiem przerażenie runął kilkadziesiąt metrów w dół, poza mury. Drugiego unieszkodliwił szybko Doyle. Kiedy załoga wieżyczki została unieszkodliwiona mężczyźni podbiegli pod drzwi:
- Drake, zajmij pozycję przy drzwiach i osłaniaj mnie! Ja biegnę na szczyt! – Szeregowy skinął i ukrył się za ścianą tuż przy drzwiach, tak, żeby jego pole widzenia pozwalało mu na dogoną osłonę Doyle’a. Pozostała trójka drużyny Star konsekwentnie ostrzeliwała plac nie dając uformować stanowisk obronnych siepaczom Kombinatu. Doyle wbiegł na schody. Kręte stopnie wieżyczki, wydawałoby się, niekończące, dały się we znaki młodemu rebeliantowi. Kiedy dotarł na szczyt, krople poty perliły się na jego twarzy. Mężczyzna złapał oddech i przykucnął. W tym czasie na plac wysypała się kolejna grupa żołnierzy. Tym razem była to elitarna grupa gwardii samego Thanatosa. Potężni żołnierze, w karmazynowych kombinezonach niezwykle szybko rozbiegli się po dziedzińcu. Każdy z nich miał odpowiednio wyposażony karabinek pulsacyjny, strzelający wiązkami energetycznymi. Kapitan van der Berg spojrzał przez lornetkę i krzynkął:
- Uwaga panowie! Karmazynowa Gwardia Thanatosa chce chyba zostać uszczuplona o kilkunastu żołnierzy! OGNIA!!!- karabin pulsacyjny wpuścił potężną wiązkę energii w obszar zajęty przez żołnierzy. Tym razem sprawa wyglądała nieco inaczej. Zaraz za gwardią na terenie atrium pojawiła się kilkuosobowa grupa, spośród której na piedestał wysuwały się dwie sylwetki. Jedną z nich był Crowe, a drugą Cykada. Karmazynowa Gwardia ustawiła się w trójkącie bojowym natomiast jeden z oficerów wydał głośne polecenie:
- Włączyć osłonę energetyczną!- Technologia roku 2020 oraz pomoc ze strony rasy Combine dawała zdrajcom planety pewną przewagę nad rebeliantami. Eliterne oddziały były wyposażone w najnowsze kombinezony wojenne, w których wbudowane były najnowocześniejsze funkcje ofensywno-defensywne. Każdy z żołnierzy, na rozkaz oficera, wyjął zza pasa niewielki uchwyt. Ruch markujący przecinanie powietrza wywołał uruchomienie systemu obronnego w postaci jasnoniebieskiej tarczy energetycznej. Tarcze dawały doskonałe pole widzenia, ale też ich konstrukcja opierała się na technologii spoza Ziemi, toteż wszelkiego rodzaju pociski odbijały się, niczym piłeczki ping-pongowe od ich powłoki. Energetyczny płaszcz wytwrzorony przez Karmazynową Gwardię pozwolił reszcie wojska schować się i uformować szyki tuż za linią elitarnych oddziałów Thanatosa. Łowcy oraz Crowe zrobili to samo. Van der Berg przełknął ślinę. Rzekł przez radio wbudowane w kombinezon:
- Doyle, na litość boską! Pospiesz się!
- Kilka minut panie kapitanie! Kilka minut i szala zwycięstwa przechyli się na naszą stronę!- odparł Doyle. Van der Berg rzekł:
- Pospiesz się do [cenzura] nędzy, bo tym razem nie będziemy w stanie utrzymać długo naszych pozycji!- przełączył kanał, po czym rzucił:
- Pułkowniku!!! Mamy problem! Powtarzam! Mamy problem!!!- Za chwilę na linii pojawił się pułkownik Friedrich!- O co chodzi kapitanie?- Holender przejechał dłonią po czarnej czuprynie, po czym odparł:
- Potrzebujemy wsparcia! Thanatos wypuścił Karmazynową Gwardię! Są zbyt dobrze zorganizowani na szybkie zrealizowanie misji! Prosimy o wsparcie! Powtarzam! Prosimy o wsparcie!
- Dostaniecje je! Pospieszcie się van der Berg! Za dwadzieścia minut przylecą po was śmigłowce! Nie będą mogły długo czekać!- nagle coś z ogromnym impetem uderzyło w mur. Van der Berg zachwiał się i gdyby nie szybka pomoc porucznika de Vries’a mężczyzna z pewnością spadłby z wysokości na plac. To Cykada mierzył z potężnego działa, skierowanego naprzeciw trzem rebeliantom.
- Rozproszyć sięęęę!!!!!!!!!!- krzyknął van der Berg. Zanim jednak Łowca zdołał oddać kolejny strzał, który z pewnością byłby gwoździem do trumny trzech Holendrów z przeciwnej strony murów zaczęły dochodzić strzały. Żołnierze Karmazynowej Gwardii zaczęli z wolna osuwać się na ziemię. Nastąpiło ponowne zamieszanie w szykach oddziałów Thanatosa. Crowe odwrócił się, spojrzał w górę i spostrzegł pięciu ubranych na czarno, zamaskowanych sylwetek, które z wysokiego muru otwierały ogień w kierunku formacji skupionych na placu. Drużyna Moon zaatakowała w odpowiednim momencie. Tworzyli ją kapral Meyer, sierżant Hirotaka, sierżant van der Groen, sierżant Farraday i major Janssen. Świetnie wyszkolona grupa specjalna rebeliantów stała się niezwykłym utrudnieniem dla jednostek obronnych Strefy. Niespodziewany atak z tyłu dał możliwość Doyle’owi, który kończył montować laser impulsowy i nadajnik. Van der Berg krzyknął:
- Ognia!!!- Defensorzy Strefy wpadli w amok. Bezradność powodowała chaos w formacji, na co żywiołowo zareagował Crowe:
- Cykada! Wyślij swoich ludzi na mury, bo wybiją nas, jak robactwo! Uwaga! Do wszystkich drużyn! Rozporoszyć się! To rozkaaaaz!!!- ryknął na koniec. Okazało się to świetnym posunięciem. Kilkadziesiąt postaci rozpierzchło się po placu, co zdecydowanie utrudniło sprawę rebeliantom, ale przy takim obrocie sytuacji dało też jedyną korzystną pozycję obrony. Cykada tymczasem rzucił w stronę swoich podopiecznych:
- Smok, Hunter. Weźcie kilku ludzi i idźcie na mury. Ty Smok zajmij się tymi tuż za nami. Hunter. Rozpieprz tą pozycję, gdzie znajduje się karabin pulsacyjny! Blizzard, zostajesz ze mną! Jazda, jazda!- Łowcy bez słów zabrali się za wykonanie rozkazu. Doyle tymczasem skończył programować laser. Ustawił długość i częstotliwość fal, które miały zakłócić sygnał elektromagnetyczny Strefy. Teraz zabrał się za montowanie nadajnika, który miał wzmocnić fale i rozszerzyć ich pole działania. Kiedy zabierał się za tą czynność coś świsnęło mu nad uchem tak, że niemal się zachwiał. Okazało się, że Thanatos skierował do ostrzeliwania wieżyczki kilku snajperów. Doyle musiał uważać, wiedział bowiem, że za chwilę cały ogień skieruje się w jego stronę. Nadziei przysparzał mu fakt, że jego koledzy zapewniają mu skuteczny, jak na razie, ogień zaporowy, przez co nikt z poważniejszym ekwipunkiem nie był w stanie zagrozić młodemu Amerykaninowi. Nie na długo jednak. Smok wraz z kilkoma żołnierzami Karmazynowej Gwardii wszedł już na mury okalające plac Strefy. Siepacze uruchomili tarcze energetyczne i z wolna, pod komendami Jina KimWoo zwanego Smokiem, przesuwali się w kierunku majora Janssena. Oficer krzyknął:
- Meyer! Van der Groen! Zajmijcie się nimi! Hirotaka, zdejmuj snajperów! Nie mogą zagrażać Doyle’owi! Farraday! Biegnij wspomóc drużynę Star! Nie dają sobie rady! Wykonać!- Żelazne blanki okalające mury były świetną ochroną dla rebeliantów. Tytanowe powierzchnie w żaden sposób nie mogły zostać sforsowane przez kule żołnierzy. W Polę bitwy wkradł się niezwykły galimatias. Rebelianci stracili z pola widzenia całą formację militarną Strefy, przez co narazili się na ataki ze wszystkich stron. Pierwsze straty musiały w kończu przyjść. Nim sierżant Farraday znalazł się w połowie drogi do drużyny Star został trafiony serią z karabinu. Crowe przymierzył, wstrzymał oddech i pociągnął za sput. Pomimo świetnego refleksu i wyczucia Farraday zakręcił się w powietrzu i martwy runął na ziemię:
- Farraday! Odezwij się! Farraday!!!!!- Major Janssen zrozumiał, że stracił podopiecznego. Tymczasem van der Groen i Meyer z krzykiem furiantów strzelali w stronę zbliżających się do nich żołnierzy Karmazynowej Gwardii. Dwóch z nich padło trupem. Tarcze energetyczne posiadały liczne luki, a sokoli wzrok specjalnie przeszkolonych rebeliantów sał popłoch wśród siepaczy Thanatosa. Stała się jednak dosyć nieprzewidywalna rzecz. Kiedy van der Groen przeładowywał magazynek, Meyerowi, który miał dawać ogień zaporowy kompanowi, zaciął się karabin:
- Hoer!- krzyknął sierżant, a ten moment wykorzystał Smok. Tarcze energetyczne rozsunęły się, a Łowca niezwykle szybko wypadł zza elitarnych żołnierzy. Nim Meyer spojrzał przed siebie jego głowa została oddzielona od szyi i ze zdziwionym wyrazem twarzy spadła z murów na plac. Van der Groen krzyknął spostrzegł to i nim strzelił w kierunku Smoka, ten ponownie ukrył się za formacją obronną żołnierzy Thanatosa, którzy znów spoili tarcze w jedną całość. Błyskawicznie zareagował major Janssen. Odległość była spora, ale postanowił spróbować. Odbezpieczył granat odłamkowy i ruszając w kierunku nacierających cisnął go przed siebie. Granat miał przyspieszony zapłon, dodatkowo, upadł tuż pod nogi pierwszej linii. Jin KimWoo zrobił kilka salt do tyłu, ale wybuch zachwiał go i upadł na plecy z jękiem bólu. Formacja została rozbita. Kilku żołnierzy padło trupem, inni stracili kończyny i krzycząc w niebogłosy wykrwawiali się na posadzce. Tymczasem jeden ze snajperów wpakował kulę w głowę zdezorientowanego van der Groena. Holender przyłożył palec do skroni. Jego mózg, pomimo że uszkodzony, nadal nie wierzył w to, że za chwilę przezstanie pracować. Holender otworzył usta, zrobił kilka kroków do przodu, potem do tyłu i runął na ziemię z otwartymi ustami i oczami. Sytuacja dla rebeliantów zrobiła się niekorzystna. Z drugiej strony drużyna Star nieustannie ostrzeliwała plac. Van der Berg spostrzegł, że na murze znajdowali się już żołnierze Karmazynowej Gwardii z Johnem Hunterem na czele:
- Van Dijk! Nie pozwól im uformować pozycji! Strzelaj do wszystkiego co się rusza! De Vries! Musimy zlikwidować formację, która wdarła się na mur! Pułkowniku Friedrich! Ile czasu?!
- Osiem minut kapitanie! Jak Doyle?!
- Już kończy!
- Wytrzymajcie jeszcze chwilę! Już po was lecimy!
- Poruczniku! Jest problem!- rzucił van der Berg. Friedrich zapytał przez radio nerwowo:
- O co chodzi!?
- Thanatos ma zbyt silną ochronę! Nie damy rady się wedrzeć!- Chwila milczenia, po czym dało się słyszeć:
- Niech to szlaaaaaaaag! Trudno! Ważne, żeby Doyle wyłączył legionistów! Bez tego wszystko pójdzie na marne! Zaraz będą śmigłowce! Wytrzymajcie! Bez odbioru!- Głos umilkł. Van der Berg przełączył kanał i krzyknął:
- Jak tam Doyle!?- Minęło kilka sekund, po czym odezwał się Doyle:
- Gotowe! Programuję nadajnik! Za chwilę siądzie system zasilania!
- Świetnie! Bierz Drake’a i przybiegnijcie tu! Szybko!- Nie zdążył dokończyć, gdyż Hunter i jego drużyna rozpoczęli ostrzał pozycji zajmowanych przez rebeliantów. Kilkanaście karabinów odezwało się w bitewnym galimatiasie. Pierwsza seria na szczęścia ominęła rebeliantów. De Vries, doświadczony żołnierz wykazał swój kunszt militarny. Odbezpieczył granat i rzucił tuż przed drużynę żołnierzy Kombinatu. Hunter zareagował żywiołowo:
- Granat! Wężej tarcze! Wężej idioci!- żołnierze w porę zareagowali. Grantat co prawda eksplodował, ale odłamki odbiły się od powierzchni tarcz energetycznych i nie wyrządziły żadnej szkody formacji Kombinatu:
- Ognia!- rzucił Hunter i druga seria przecięła powietrze. Tym razem trafiła ona strzelającego de Vriesa. Mężczyzna krzyknął coś niezrozumiałego i upadł na kolana. Błyskawicznie podbiegł do niego van der Berg. Van Dijk widząc co się dzieje, skierował ogień w kierunku formacji pod dowodzeniem Huntera. Karmazynowa Gwardia na placu skorzystała z okazji i z powrotem uformowała szyk bojowy. Crowe rzucał rozkazami natomiast Cykada stał dumnie i obserował to, co wyczynia Jin KimWoo. Chińczyk stał naprzeciw majora Janssena, dowódcy drużyny Moon. Holender rzekł:
- Pieprzony zdrajco! Okaż resztki honoru i walcz, jak mężczyzna z mężczyzną! Tchórzu!
- Wedle życzenia- odparł sarkastycznie Smok, po czym schował katany do pochew. Janssen rzucił się na Łowcę i wyprowadził prawy prosty. Smok zawierał w powietrzu i uniknął ciosu. Błyskawicznie podciął nogi Holendra. Rebeliat upadł na posadzkę. Próbował się podnieść, ale nic z tego. Smok dopadł do niego i wyjąwszy ostrze zza pleców rzekł:
- Pora umierać. Wiedz, że wasz plan na nic się zda. Zadzierając z Kombinatem skazaliście ludzkość na zagładę.- Janssen wiedział, że za chwilę umrze. Splunął pod nogi Łowcy i patrząc mu prosto w oczy rzekł:
- Obyś zgnił w piekle.- KimWoo zaśmiał się perfidnie i odparł:
- Tam też się wybieram.- katana przebiła tors rebelianta. Mężczyzna krzyknął i wypluł z siebie strużkę krwi. Smok kilka szybkimi cięciami powtórzył czynność. Janssen przestał krzyczeć, zamknął oczy i zastygł na zawsze. Smokowi pozostał już tylko jeden przeciwnik, sierżant Hirotaka. Tymczasem Doyle z Drakiem zasilili drużynę Star. Van der Berg przyciągnał do pozycji obronnych rannego de porucznika de Vriesa i rzucił w stronę Doyle’a:
- Za ile laser zacznie działać!?- Doyle przeładował karabin, przymierzył, zdjął najbardziej odsłoniętego żołnierza Karmazynowej Gwardii i odparł ze spokojem:
- Za minutę wyłączy się cały system elektroniczny Strefy…- nie zdążył dokończyć, gdyż w powietrzu dało się słyszeć warkot silników.
- Wytrzymaj de Vries! Już po nas lecą!- Porucznik de Vries dostał serią w brzuch. Trzy kule trafiły go w wątrobę i okolice. Mężczyzna zmagał się z z bóle, co widzieli pozostali. Van der Berg rzucił:
- Drake, Doyle, van Dijk! Jeśli zginiemy, to zgińmy walcząc za Ziemię! Na polu chwały! Nie szczędźcie na tych [cenzura] amunicji! Ognia!!!- Wszyscy, jak jeden mąż otworzyli ogień kierunku formacji Huntera. Tarcze jednak skutecznie stawiały opór. Łowca wyciągnął obrzyna, poślinił palec i dotknął nim lufy. Wyglądało to, jak rytuał bojowy, który jak się okazało, został w stu procentach nagrodzony. Obrzyn głośno wystrzelił, a pocisk trafił prosto w głowę przeładowującego magazynek van Dijka. Rozprysła się na wszystkie strony. Rebeliacni byli w szoku. Kawałek mózgu osiadł na twarzy Doyle’a. Mężczyzna z przerażeniem krzyknął i upuścił karabin. Van der Berg zachował zimną krew:
- Drake! Strzelaj! Nie patrz się tylko strzelaj! Już niedługo! Doyle, opamiętaj się! To jest [cenzura] wojna! Bierz karabin i strzelaj!- Doyle jednak nie słuchał. Coś w nim pękło, usiadł tępo patrząc na bezgłowe ciało van Dijka. Van der Berg skrzywił się w potwornym grymasie. Z krzykiem otworzył ogień do będących coraz bliżej żołnierzy Thanatosa. Kolejny padł na posadzkę. Formacja Huntera znacznie się uszczupliła, przez co musieli zawężyć szyk:
- Ognia!- ryknął Łowca. Kolejna seria zagrzmiała w przestrzeni. Tym razem dosięgła Drake’a. Mężczyzna bez słowa padł na twarz. Zastygł w bezruchu na zawsze. Tymczasem nad głowami rebeliantów pojawił się śmigłowiec rebeliantów. Otworzył ogień w kierunku Karmazynowej Gwardii. Potężne działka miniguna rozpłatały kilku siepaczy, przez co szyk został przerwany. Hunter niewiele myśląc rzucił się do ucieczki, podczas gdy karmazynowi żołnierze byli rozrywani przez kule śmigłowa szturmowego. Maszyna zeszła niżej. Wysunęło się z niej kilka lin. Van der Berg zaczepił ją u paska Doyle’a:
- Wciągnąć go!- Doyle wstał, niczym neptyk, patrząc się dalej w ciało van Dijka, po czym jego nogi uniosły się nad mury. Karabiny dawały się we znaki obrońcom na placu. Teraz nawet Crowe i Cykada schowali się w koszarach wyczekując na ponowny moment ataku. Van der Berg cucił de Vriesa:
- Pierre! Pierre! Wytrzymaj! Wytrzymaaaj!- rebeliant jednak już nie żył. Van der Berg zamknął oczy. Spod zmęczonych powiek pociekły krople łez. Przeżegnał się po czym wstał i przymocował do paska hak zrzuconej liny. Śmigłowiec uniósł się do góry, kiedy kapitan został wciągnięty na pokład śmigłowca. Tymczasem Jin KimWoo toczył walkę z sierżantem Hirotaką. Miał jednak większy problem. Rebeliant, pomimo, że mikrej budowy, walczył niezwykle zaciekle i szybko. Kontrował wszelkie kopnięcia i ciosy wyprowadzane rękami przez Smoka:
- Przyznam, że jestem pod wrażeniem twoich umiejętności rebeliancie. Mimo to poddaj się, to koniec!- pokazał ręką na mury. Z każdej strony nadbiegali już teraz ochoczo żołnierze Karmazynowej Gwardii. Hirotaka obrócił się i spojrzawszy w oczy Smoka pokazał środkowy palec. Chińczyk nie lubił, gdy go obrażano. Z furią rzucił się na rebelianta i szybką konfiguracją ciosów zołałw końcu powalić oponenta. Stanąwszy nad przegranym rzekł:
- Zdejmij maskę rebeliancie, żebym mógł spojrzeć ci w oczy kończąc twoje życie. Wyjął katanę, ale nie użył jej od razu, gdyż to, co zobaczył wprawiło go w osłupienie. Sierżant Hirotaka zdjął maskę, a raczej… Zdjęła. Kobieta była piękną Azjatką, sądząc po rysach twarzy Japonką, w gwoli ścisłości. Uśmiechnąwszy się ironicznie rzekła:
- Pieprzę was i waszych przywódców. Przegracie tą wojnę. Prawda zawsze wygrywa.- Smok rzekł:
- Uuu, jaki ładny chłopiec. Szkoda, że już musimy się pożegnać. Koniec rozmowy. Giń!- już miał zakończyć swoje dzieło, gdy nagle poczuł nad sobą warkot śmigłowca. Ktoś oddał strzał z pokładu i trafił go prosto w rękę. Smok krzyknął z bólu i wypuścił ostrze. Ten moment wykorzystała sierżant Hirotaka. Wykonała zwinną sprężynę i osiągając pion kopnęła w krocze zaskoczonego Chińczyka. Ze śmigłowca błyskawicznie wysunęła się lina. Japonka przypięła ją do pasa, po czym maszyna wzniosła się w powietrze. Żołnierze strzelali w kierunku oddalającego się śmigłowca, ale już na próżno. Po chwili Strefa pogrążyła się w mroku. Laser impulsowy wyłączył całą elektronikę. Centrum dowodzenia straciło kontrolę nad legionistami…

Nie wiem czy ktoś czyta, ale poczułem przypływ weny, napisałem i wrzuciłem Uśmiechnięty. Pozdro Oczko

_________________
"Kto cię z wody wyciągnie za dupę, temu będziesz pilnować chałupę..."
Ogląda profil użytkownikaWyślij prywatną wiadomość
BreenWallace
Młody Headcrab



Dołączył: 27 Mar 2008
Skąd: Kielce



PostWysłany: Nie Lut 24, 2013 02:54 Odpowiedz z cytatemPowrót do góry

Drugi front: Semper Fidelis cz.2

*

-Juliette? Skarbie, to ty?- Piękna, zielona łąka roztaczała się przed Christiaanem, niczym paleta błogich, ciepłych barw. Nienaturalny blask bił z zielonej trawy nadając temu miejscu magiczny wygląd. Niebo było błękitne, bardziej błękitne niż zwykle. Holender poczuł na twarzy wiatr, a raczej lekkie muśnięcie przeszłości odbijające się w jego wnętrzu słodkim szumem wspomnień. Tysiące zapachów, miliony skojarzeń, uczucie ciepła i błogości na twarzy. Wszystkie jego młodzieńcze problemy odeszły w niepamięć. Ba, nie pamiętał niczego złego. Niczego, co mogłoby zaśmiecać jego umysł zbędnymi drobnostkami świata doczesnego. Otaczała go cisza wszechświata i mleczne światło emanujące z krystalicznie pięknej postaci, która stała naprzeciwko niego:
- Christiaan. Walcz z tym. Jesteś silny. Wiem, że przetrwasz to wszystko i wygrasz. Walcz! Proszę…
- Juliette… Gdzie… Gdzie ja jestem… Co ty tu robisz?- Było mu dobrze. Dobrze, jak nigdy przedtem.- Ja umarłem.- pomyślał. Przełknął ślinę, ale podświadomie nie czuł strachu. Jeśli to było niebo, chciał tu zostać. Jeśli tu jest Juliette, to znaczy, że…
- Ćśśś. Już dobrze. Jesteś w bezpiecznym miejscu. Z dala od zgiełku, gniewu i nienawiści. Nic ci nie grozi. Wytrzymaj. Dasz radę. Wszyscy na ciebie czekają.- W jego oczach pojawiły się łzy:
- Skarbie… Ja… Ja… Nie chcę tam wracać. Jeśli tu jesteś ze mną, to znaczy… że umarłaś… Prawda?- Nastąpiła długa chwila milczenia. Powiał mocniejszy wiatr. Christiaan dostrzegł całe swoje życie. Dostrzegł małego szkraba, raczkującego po różowym dywanie, dostrzegł ojca i matkę, którzy czytali mu bajki na dobranoc. Dostrzegł wyłamujące się drzwi i lufy skierowane w głowy jego rodziców. Dostrzegł kawałki mózgu na ścianie i krew zalewającą różowy dywan… Dostrzegł śmierć.
- Nie chcę tam wracać. Nie bez ciebie. Jeśli Bóg istnieje powiedz temu sukinsynowi, żeby mnie tam nie odsyłał.
- Spotkamy się Christiaanie. Spotkamy, obiecuję. Ale nie teraz… Nie teraz.
- Juliette!!! JULIETTEEEEEEEEEE!!!!!!!!!- mleczne światło zgasło. Niebo przybrało granatowy wygląd. Trawa straciła blask i zaczęła ulegać ruchom coraz mocniejszego wiatru. Nagle wszystko ogarnęła ciemność. Został w niej sam. Skulony, niczym embrion w łonie matki. Ogarnięty żalem i paniką. Umarł? Czy żył? Po chwili spostrzegł światełko, które zaczęło rozjaśniać otchłań. Ujrzał przed sobą przedziwne kształty, które zaczęły się poruszać, a z czasem przybierać konkretne kontury. Nagle usłyszał głos:
- Więcej jednostek! Tracimy go!
Zapadła ciemność…

**

- Adrian?- ze snu wyrwał go głos Justine.- Skarbie, wszystko w porządku?- Żołnierz otworzył oczy. Był wycieńczony. Transfuzje krwi odebrały mu mnóstwo osocza. Był na skraju wyczerpania. Z pomocą Rodrigueza i dziewczyny podniósł się i oparł o poduszkę. Justine płakała. Płakała, ale łzami szczęścia:
- Uratowali go! Christiaan żyje! To dzięki tobie! Dzięki tobie!- Adrian na te słowa także się rozpłakał. Nigdy w życiu nie czuł jednocześnie takiej radości i ulgi. Kres cierpienia i niepewności w końcu opuścił jego wnętrze. Sen przyniósł ukojenie i pozwolił przeczekać najgorsze. Kiedy Adrian ściskał Justine, do pomieszczenia wszedł Cornelius. Stanął w progu, ze spuszczoną głową i spytał cicho:
- Siostrzyczko… Marco. Możecie zostawić nas na chwileczkę samych z Adrianem?- Nastąpiła krótka cisza, po czym odezwała się Justine:
- Jasne.- rzuciła jeszcze raz spojrzenie w kierunku Adriana, uśmiechnęła się i rzekła:
- Chodź Marco.- Hiszpan z szerokim uśmiechem poklepał Shepharda po plecach, po czym wstał i razem z młodą Holenderką opuścił namiot medyczny. Adrian poprawił poduszkę i posępnie spojrzał na Corneliusa. Młody lekarz dopiero teraz oderwał wzrok od ziemi i spojrzał na Adriana. Najpierw niepewnie, potem skupił całą swoją uwagę na zielonych oczach komandosa:
- Możemy porozmawiać? To ważne…
- Oczywiście przyjacielu. Usiądź. Domyślam się, o czym.- Cor skinął i z wolna podszedł do krzesła, które stało przy łóżku kaprala. Wyjął z kieszeni paczkę papierosów i wyjąwszy jednego rzekł:
- Chodzi o…
- Mnie i Justine. Tak wiem. Podczas transfuzji przemyślałem to wszystko. Miałeś prawo się wkurzyć Cor…
- Nie o to chodzi.- odparł Vaart.- Po prostu ta wiadomość wywołała we mnie natłok myśli… Adrian, przepraszam, że spytam. Co ty tak naprawdę czujesz do mojej siostry? Kochasz ją? Czy tylko ci się podoba? Chciałeś wykorzystać sytuację?
- Przestań! Do jasnej cholery przestań!- Adrian wybuchł niekontrolowanym gniewem. Cornelius lekko drgnął i wypuścił z dłoni papierosa.
- Przepraszam Cor. Przepraszam… Po prostu nie chcę, żebyś myślał o mnie w ten sposób.- skwitował żołnierz. Cornelius podniósł z ziemi papierosa i włożył go z powrotem w kącik ust. Zaciągnął się dymem i odparł:
- Stary, znamy się krótko… Ale to nie o to chodzi. Ja wiem, że jesteś człowiekiem honoru. Pokazałeś to nie raz, nie dwa. Justine zakochała się w tobie bezgranicznie, co widać i wcale nie potrzeba słów, by to zrozumieć. Ja po prostu zwątpiłem… Zwątpiłem w twoje zamiary względem niej…
- Kocham ją…- rzucił Adrian.- Kocham ją z całego serca i każdego, kto próbowałby ją skrzywdzić, zabiłbym bez mrugnięcia okiem. Zakochałem się pierwszy raz w życiu i mogę Ci to powiedzieć prosto w oczy. Wyczuwasz w nich kłamstwo? Jeśli tak jest, powiedz…
- Nie.- odparł zawstydzony Cor i zaciągając się po raz kolejny papierosem spojrzał w ziemię. Adrian westchnął:
- Kiedy pierwszy raz cię zobaczyłem, przyjacielu, pomyślałem: nieodpowiedni człowiek, w nieodpowiednim miejscu i czasie. Tak samo, jak ja. I myślę, że to nas wtedy połączyło. Kiedy pierwszy raz ujrzałem Justine, zanim zemdlałem z wycieńczenia, wiedziałem, że nie znalazłem się tu przypadkiem. Jesteście dobrymi ludźmi. Dawno nie miałem z takimi do czynienia. Nie wiem czy zdajesz sobie z tego sprawę, ale dobro emanuje z was na kilometr! Od razu poczułem do was przywiązanie. Mimo, że znamy się tak krótko. Już dokładnie nie pamiętam, kiedy to było. Kilka miesięcy temu? Nieważne! Ważne jest to, że traktuję cię jak brata, którego nigdy nie miałem, a Justine… Nadała kształt mojemu sercu. Dała mi uczucie, a ja to uczucie szczerze odwzajemniłem. Kiedy to zrobiliśmy czułem się, jak świnia. Działo się to za szybko. Wiedziałem, że to przez stres, wojnę, chcę złapania choćby jednej chwili szczęścia.- Cornelius słuchał w milczeniu, a Adrian kontynuował swój monolog.- jesteśmy tylko ludźmi Cor. Każdy z nas ma słabości, które trzeba przezwyciężyć. Dopiero, gdy zobaczyłem łzy w oczach twojej siostry poczułem do siebie żal, za to co zrobiłem. Ale… Później zrozumiałem, że te łzy, te oczy je wylewające, patrzyły na mnie z nadzieją i… miłością. Coś we mnie drgnęło. Jakiś pierwiastek podpowiadał mi, że to jest ta jedyna kobieta, ta na którą czekałem w pieprzonej ciemności dwadzieścia dwa lata. I wiesz co ci powiem?- Cornelius podniósł wzrok. Widać w nich było łzy. Adrian podłamanym głosem odparł:
- Że [cenzura] mać było warto! Że poczekałbym na nią, na was, kolejne dwadzieścia!- Cor nie wytrzymał i rozpłakał się. Adrian też. Pomimo wątpliwych sił, komandos podniósł się nieznacznie i z całego serca przytulił młodego Holendra. Vaart zrobił to samo. Szlochali wzajemnie, niczym dwaj skrzywdzeni bracia. Nie były to jednak łzy rozpaczy, lecz wzruszenia. Cor przez łzy wyszeptał:
- Ppprzepraszaam…. Przepraszam, że w ciebie zwątpiłem bracie…
- Nic się nie stało Cor… Nic się nie stało… Sam w siebie zwątpiłem, ale dzięki wam wiem, że mam dla kogo i o co walczyć…- Nie powiedzieli nic więcej, gdyż gesty, które przed chwilą wykonali wyrażały więcej, niż jakiekolwiek słowa. Nie mieli pojęcia, że przed namiotem stała Justine. Ona też płakała… Łzami szczęścia…


Christiaan otworzył oczy. Światłowstręt utrzymywał się przez kilka sekund, ale po chwili wzrok przyzwyczaił się do blasku porannego słońca, którego promienie lekko wdzierały się przez szczelinę do namiotu. Młody Holender wiedział co się stało. Rozbiegane oczy wypełnione były łzami. Suchość w gardle i ból w klatce piersiowej były niczym w porównaniu do gorzkiego żalu, który wypalał Kooistrę od środka. Po raz pierwszy ten wesołek stracił sens życia. Pamiętał Juliette jako czarującą dziewczynę, piękną, subtelną, pełną miłości i dobroci, karcącą za jego głupie gadki i sprośne żarty. Już jej nie ma. Świat mu ją zabrał. Ten pieprzony świat pozbawił go jedynego skarbu, o który tak się troszczył, o który dbał, z którym kładł się i zasypiał nie myśląc o brudach i brutalności egzystencji. Christiaan pomyślał o ostatnich latach swojego życia. Nie pamiętał wolności. Urodził się w roku dwutysięcznym, dwa lata po inwazji. Żył w ciągłym zaszczuciu, mając świadomość, że w każdej chwili może zostać zabitym. Przy Juliette nie myślał o tym. Wiele dziewcząt odprawiało swoich mężczyzn idących na bitwę, z której mieli już nigdy nie powrócić. W Holandii panował zwyczaj, że przed każdym dłuższym rozstaniem każdy młodzieniec czy nieco starszy już rebeliant, dawał swojej kobiecie tulipan, symbol tego pięknego kraju. Po jakimś czasie, kiedy wojak nie wracał z pola bitwy, dni mijały krótko, a noce dłużyły się, kwiat ten usychał. Usychał tak, jak życie. Christiaan codziennie zbierał świeże kwiaty i dawał je Juliette, która zawsze z uśmiechem budziła się i całowała go za ten gest w usta… Teraz już nikomu go nie da… Teraz wszystko w nim umarło…
- Christiaan?- Holender lekko odwrócił głowę. W namiocie stała Justine. Kooistra odwrócił się w drugą stronę. Zaczął szlochać. Holenderka podeszła do jego łóżka i usiadła na krześle. Nastała smutna cisza, przerywana pojękiwaniem Kooistry i oddechami młodej lekarki. W pewnym momencie rzekła:
- Muszę ci coś powiedzieć Christiaan.
- Wiem… Wiem co się stało. Kiedy byłem jedną nogą na tamtym świecie ukazała mi się moja księżniczka… Nie musisz nic mówić… W zasadzie to nawet nie chcę, żebyś cokolwiek mówiła.
- Przepraszam. Jeśli chcesz, pójdę. Gdy będziesz czegoś potrzebował…
- Nie!- przerwał Christiaan i złapał ją za rękę odwracając głowę.- Zostań, proszę.- rzekł cichutko. Justine też płakała, ale nie chciała, żeby Christiaan to zobaczył. Uśmiechnęła się słabo i rzekła:
- Oczywiście. Tak długo jak chcesz.- Kooistra wyglądał strasznie. Jego twarz była wysuszona i blada. Zaschnięte strużki krwi pokrywały kąciki jego ust, a lśniące niegdyś dredy pokryte były błotem i kurzem. Dłonie młodego Holendra były kościste i wychudzone. Na wewnętrznej stronie prawej dłoni spoczywał wenflon z podpiętą kroplówką. Chsristiaan westchnął i rzekł:
- Jak to teraz będzie? Co ja teraz zrobię…- Justine położyła jego dłoń na swojej i rzekła:
- Będzie dobrze Christiaanie. Nadal mamy siebie. Juliette na pewno by chciała, żebyśmy trzymali się razem, do końca, ramię w ramię…
- Ale jej już nie ma, rozumiesz? Nie ma…- patrzył na nią błędnym, straszliwym wzrokiem. Justine bała się tego spojrzenia, ale wiedziała, że musi je wytrzymać. Jego oczy wyrażały tęsknotę i pustkę… Żal, który przytłaczał ją dogłębnie. Rzekła:
- Powiem ci coś ważnego Christiaan… I czuję… Ba! Jestem przekonana, że to prawda… Dusza, która upada na ziemię rozbija się na miliardy cząsteczek. Dostałeś jedną z nich. Juliette jest teraz tu- wskazała na jego głowę- i przede wszystkim tu- oraz na jego pierś. Christiaan rozpłakał się:
- Wszystkie tulipany Holandii straciły swój kolor, wiesz?- Justine też się rozpłakała. Odparła:
- Wiem, że teraz nic nie będzie takie, jak dawniej… Ale musimy wytrzymać. Musisz wygrać tą wojnę… Dla niej. Ona by tego chciała.- Kooistra uspokoił się nieco. Uśmiechnął się lekko i odparł patrzać na Justine:
- Obiecałem jej kiedyś, że zabiorę ją na watę cukrową do wesołego miasteczka, hehe… Szkoda tylko, że nikt by nam jej nie podał…- Justine lekko się uśmiechnęła, lecz był to słaby uśmiech:
- Ona czeka na ciebie, wiesz? Gdy leżałeś na tym stole, ja czekałam na ciebie…
- I ja.- rzekł Cornelius wchodząc do namiotu.
- Ja chyba najbardziej stary druchu.- rzekł szeroko uśmiechnięty Shephard wspierając się na ramionach Vaarta. Kooistra przez łzy uśmiechnął się i rzekł:
- No, no, no. Nie taki stary.- Gdy podeszli do łóżka Adrian przykucnął, objął dłońmi twarz Christiaana i rzekł patrząc mu prosto w zmęczone, przeszklone od łez oczy:
- Ogromnie przykro mi z powodu Juliette. I mnie była bliska, wiedz to. Spójrz teraz na mnie Christiaan, bo to co powiem, będzie istotne. I Bishop i Thanatos zapłacą za to wszystko. Masz na to moje słowo. Dopóki krew tętni w moich żyłach nie spocznę, póki nie pomszczę twojej ukochanej… Póki nie pomszczę Holandii.- Christiaan zacisnął zęby. Złapał dłoń Adriana i mocno uścisnął. Cała trójka przytuliła się do Christiaana. Młody Holender zrozumiał, że ma przyjaciół, na których może liczyć.- Do zobaczenia malutka.- rzekł w myślach mając przed oczami twarz swojej ukochanej Juliette…

_________________
"Kto cię z wody wyciągnie za dupę, temu będziesz pilnować chałupę..."
Ogląda profil użytkownikaWyślij prywatną wiadomość
Wyświetl posty z ostatnich:      
Napisz nowy tematOdpowiedz do tematu


 Skocz do:   



Zobacz następny temat
Zobacz poprzedni temat
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach


Forum działa na skrypcie phpBB © 2001-2007 phpBB Group :: Wszystkie czasy w strefie EET (Europa)